Partnerem relacji „Polish Express” z Mistrzostw Świata FIFA 2026 jest telewizja internetowa „Weeb.TV„
Nie każdy mistrz świata zostawia po sobie przekonanie, że był po prostu lepszy od wszystkich rywali. Są turnieje wygrywane dzięki szczęściu, pojedynczym przebłyskom geniuszu czy serii rzutów karnych. Mundial 2026 do takich nie należał. Hiszpania nie pozostawiła w tej kwestii żadnych wątpliwości.
Po 104 meczach rozegranych w Stanach Zjednoczonych, Meksyku i Kanadzie to właśnie zespół Luisa de la Fuente sięgnął po najcenniejsze piłkarskie trofeum. W finale na MetLife Stadium Hiszpanie pokonali Argentynę 1:0 po dogrywce, a bohaterem spotkania został Ferran Torres. Wynik był skromny, ale nie oddawał tego, co przez większość wieczoru działo się na murawie. Piłka częściej znajdowała się pod kontrolą Hiszpanów, a Argentyna z każdą kolejną minutą sprawiała wrażenie drużyny, która bardziej myśli o dotrwaniu do rzutów karnych niż o zdobyciu zwycięskiej bramki.
Ogromna w tym zasługa Emiliano Martíneza. Argentyński bramkarz długo utrzymywał swoich kolegów przy życiu, broniąc kolejne uderzenia i interweniując w sytuacjach, które w innych okolicznościach mogły zakończyć finał znacznie wcześniej. Natomiast w 106. minucie nawet on musiał skapitulować. Po znakomitej akcji Nico Williamsa i Pedro Porro piłkę do siatki skierował Ferran Torres, zdobywając gola, który przesądził o losach mistrzostwa świata.
Paradoks tego finału polegał na tym, że przez niemal dwie godziny wydawało się, iż wszystko zmierza do serii rzutów karnych. Tymczasem Hiszpania ani przez moment nie wyglądała na zespół tracący kontrolę nad wydarzeniami. Grała cierpliwie, nie wpadała w nerwowość i konsekwentnie realizowała swój plan. Nagroda przyszła dopiero w dogrywce, ale trudno powiedzieć, że była przypadkowa.
Nie był to finał, który przejdzie do historii jako piłkarskie widowisko. Wręcz przeciwnie – wielu obserwatorów już dziś określa go jednym z najmniej efektownych meczów o mistrzostwo świata od wielu lat. Paradoksalnie właśnie to najlepiej pokazuje siłę Hiszpanii. Nawet w spotkaniu pozbawionym wielkich emocji potrafiła narzucić własne warunki i nie pozwoliła obrońcom tytułu rozwinąć skrzydeł.
Mistrzostwo zbudowane miesiącami
O sile Hiszpanii niech świadczy pewna ciekawostka. Ten turniej był zwieńczeniem pracy wykonywanej od wielu miesięcy.
Wygrywając z Argentyną, Hiszpanie zanotowali 38. kolejny mecz bez porażki (sic!), ustanawiając nowy rekord w historii reprezentacyjnego futbolu. Dotychczasowy należał do Włochów, którzy zatrzymali się na 37 spotkaniach. Były rekordy, które wydawały się nietykalne. Ten należał właśnie do nich.
Jeszcze większe wrażenie robi jednak inna liczba.
Jeden!
Tylko tyle bramek Hiszpania straciła podczas całego mundialu. Osiem spotkań. Jeden gol. W turnieju rozgrywanym według nowego formatu, z rekordową liczbą uczestników i najdłuższą drogą do finału w historii mistrzostw świata, taki bilans trudno nazwać przypadkiem.

Najbardziej imponujące było jednak nie tylko to, ile razy Unai Simón wyciągał piłkę z siatki, ale jak rzadko w ogóle musiał interweniować. W finale zdecydowanie więcej pracy miał Emiliano Martínez. Hiszpanie przez cały turniej bronili przede wszystkim… piłką. Utrzymywali się przy niej tak długo, że rywale zwyczajnie nie mieli kiedy stwarzać zagrożenia.
Kiedy trzeba było uspokoić tempo, odpowiedzialność brał na siebie Rodri. Gdy potrzebna była odwaga, pojawiał się Lamine Yamal. Szerokość ataku dawał Nico Williams, a w finale decydujący cios zadał Ferran Torres. O mistrzostwie świata przesądziła również głębia kadry. Obaj bohaterowie zwycięskiej akcji pojawili się na boisku z ławki rezerwowych, pokazując, że Hiszpania potrafi znaleźć nowe rozwiązania nawet wtedy, gdy pierwszy garnitur długo nie przynosi oczekiwanego efektu.
Po tym mundialu trudno wskazać jednego bohatera Hiszpanii. I chyba właśnie dlatego zdobyła mistrzostwo świata. Jednego dnia o wyniku decydował Rodri, innym Yamal, później Williams, a w finale Torres. Ta reprezentacja nie była zbudowana wokół jednej gwiazdy, jak Argentyna, lecz wokół wspólnego pomysłu na grę.
Argentyna oddała koronę z godnością
Argentyna opuszcza mundial bez trofeum, ale z pewnością z podniesioną głową. Obrońcy tytułu ponownie dotarli do finału mistrzostw świata i dopiero tam trafili na zespół, który okazał się zwyczajnie lepszy.
Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że Argentyńczycy rozegrali najsłabszy mecz całego turnieju właśnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowali. Przez bardzo długie fragmenty spotkania praktycznie nie istnieli w ofensywie, a ich plan sprowadzał się przede wszystkim do przerywania gry, walki o każdy metr boiska i oczekiwania na rzuty karne. Nawet Lionel Messi był przez Hiszpanów skutecznie odcinany od podań i zmuszany do gry daleko od pola karnego.
To był finał, w którym Hiszpania po prostu nie pozwoliła Argentynie zagrać własnej piłki.
Mimo porażki trudno odbierać tej reprezentacji miejsce w historii. Dwa kolejne finały mistrzostw świata i złoty medal zdobyty cztery lata wcześniej pozostają osiągnięciem, które po zakończeniu ery Lionela Messiego będzie oceniane jeszcze długo.

Brąz jedzie na Wyspy
Brązowe medale pojadą na Wyspy Brytyjskie. W sobotę reprezentacja Anglii pokonała Francję 6:4 i po raz pierwszy od mundialu we Włoszech w 1990 roku zakończyła mistrzostwa świata na podium. To nie jest wynik, o którym marzyli angielscy kibice, ale trudno nazwać go rozczarowaniem.
Największy niedosyt pozostanie po półfinale z Argentyną. Jeszcze na kilkanaście minut przed końcem Synowie Albionu byli bardzo blisko pierwszego finału mistrzostw świata od 1966 roku. Ostatecznie zabrakło niewiele, dlatego bardziej niż gorycz porażki pozostaje przekonanie, że była to szansa, która wymknęła się z rąk.
Paradoksalnie finał tylko wzmocnił to odczucie. Argentyna, która zatrzymała Anglię w półfinale, przeciwko Hiszpanii praktycznie nie istniała. Tym bardziej można zadawać sobie pytanie, czy zespół Thomasa Tuchela nie wycofał się wtedy zbyt wcześnie i nie oddał inicjatywy rywalowi. Dzisiaj takich odpowiedzi już nie poznamy, ale podobne dyskusje z pewnością będą toczyć się w Anglii jeszcze przez wiele miesięcy.
Sam Tuchel ma jednak powody do optymizmu. W ciągu kilku miesięcy stworzył drużynę, która odzyskała pewność siebie i znów zaczęła wierzyć, że może walczyć z najlepszymi. Jude Bellingham jest już jednym z liderów światowego futbolu, Bukayo Saka od lat utrzymuje najwyższy poziom, Cole Palmer dojrzewa do roli gwiazdy, a za nimi stoi grupa zawodników, która za dwa czy cztery lata nadal będzie znajdowała się w najlepszym piłkarskim wieku. Po raz pierwszy od dawna w Anglii więcej mówi się o przyszłości niż o ciężarze.
Mundial, który zostanie w pamięci
Były mistrzostwa świata pełne zwrotów akcji. Były takie, które zapamiętaliśmy dzięki jednemu meczowi albo jednemu piłkarzowi. Mundial 2026 zostanie zapamiętany inaczej.
To był pierwszy turniej z udziałem 48 reprezentacji. Największy w historii. Rozgrywany w trzech krajach i na wielu tysiącach kilometrów. Przyniósł niespodzianki, kontrowersje, rekordy i mecze, o których kibice będą spierać się jeszcze długo. Dla jednych symbolem pozostanie ostatni mundial Lionela Messiego. Dla innych droga Hiszpanii do złota po słabym początku czy Anglii po brąz. Jeszcze inni zapamiętają sensacyjne odpadnięcia europejskich potęg czy atmosferę na stadionach rozsianych po Ameryce Północnej.
Kiedy jednak emocje opadną, pozostanie przede wszystkim obraz właśnie wspomnianej reprezentacji Hiszpanii. Drużyny, która udowodniła swoją wielkość. Trzydzieści osiem meczów bez porażki. Jeden stracony gol w ośmiu spotkaniach. Są mistrzowie świata, których pamięta się za finał. Ta reprezentacja zostanie zapamiętana za cały turniej.


