Nowy rok w Berlinie przyniósł nie tylko fajerwerki, ale też wyższe rachunki za codzienne dojazdy. Ceny biletów znów rosną i tym razem nie chodzi o kosmetyczną korektę cennika. Kolejna podwyżka to wyraźny sygnał, że stolicy coraz trudniej utrzymać tanią komunikację miejską.
Od 1 stycznia pasażerowie w Berlinie i Brandenburgii płacą średnio o sześć procent więcej. Dla wielu osób oznacza to kilka dodatkowych euro miesięcznie, które wcześniej przeznaczali na coś zupełnie innego – kawę po drodze do pracy, szkolny obiad dziecka czy po prostu drobne oszczędności.
Ceny biletów znów rosną, a wybór staje się mniejszy
Podwyżki przyszły w pakiecie ze zmianami w ofercie. Z rozkładu jazdy znikają nie tylko stare modele autobusów, ale i znane bilety. Nie ma już opcji podróżowania wyłącznie w strefach B i C. Zniknęły również bilety tygodniowe oraz kilka wariantów godzinowych, które przez lata pozwalały elastycznie dopasować koszt do faktycznych potrzeb.
W praktyce system stał się prostszy na papierze. Natomiast jednocześnie trudniejszy w codziennym użyciu. Pasażerowie mają mniej kombinacji do wyboru. To oznacza, że częściej muszą kupować droższy bilet, nawet jeśli realnie nie wykorzystują jego pełnego zakresu.
Ceny biletów znów rosną – najmocniej odczują to ci, którzy liczą każdy eurocent
Najwięcej emocji budzi jednak nie sama podwyżka biletów jednorazowych, lecz los Berlin Ticket S, czyli biletu socjalnego. Jego cena skoczyła do 27,50 euro miesięcznie. W ciągu dwóch lat koszt wzrósł niemal trzykrotnie. T to w momencie, gdy osoby korzystające z tego biletu już teraz zmagają się z rosnącymi rachunkami za prąd, ogrzewanie i czynsz.
Dla wielu mieszkańców to nie jest abstrakcyjna debata o polityce transportowej, ale bardzo konkretne pytanie: czy nadal będzie mnie stać na dojazd do urzędu pracy, lekarza albo szkoły dziecka? Władze Berlina tłumaczą decyzję koniecznością oszczędności w budżecie landu. Jednak w oczach części opinii publicznej brzmi to jak paradoks – właśnie wtedy, gdy pomoc powinna być najsilniejsza, staje się droższa.
Ceny biletów znów rosną, bo rosną też koszty miasta
Berlin nie działa w próżni. W całych Niemczech transport publiczny jest dziś droższy w utrzymaniu niż jeszcze kilka lat temu. Energia, serwis taboru, inwestycje w infrastrukturę i wyższe płace pracowników tworzą rachunek, którego nie da się już pokryć wyłącznie z dotacji.

fot. shutterstock.com
Symbolem tej zmiany jest Deutschlandticket. Jeszcze niedawno przedstawiany jako przełom w tanim podróżowaniu po kraju, dziś kosztuje 63 euro miesięcznie. To wyraźny sygnał, że model „taniego biletu dla wszystkich” zderzył się z twardą ekonomią.
Berlin – jako największe miasto kraju – jest obecnie się poligonem doświadczalnym tej nowej rzeczywistości. Z jednej strony ambitne cele klimatyczne i rozwój komunikacji zbiorowej. Z drugiej, coraz wyższe ceny dla użytkowników.
Miasto na rozdrożu
W tle tej historii nie chodzi wyłącznie o kilka euro więcej za przejazd. Ceny biletów znów rosną, a wraz z nimi ponownie pojawia się pytanie o to, czym w ogóle ma być transport publiczny w nowoczesnym mieście. Czy nadal elementem wspólnej infrastruktury, dostępnej dla wszystkich bez względu na zasobność portfela, czy raczej usługą, która coraz bardziej przypomina zwykły produkt rynkowy?
Dla wielu berlińczyków odpowiedź nie jest teoretyczna. To decyzja podejmowana każdego ranka: wsiąść do U-Bahnu czy jednak przesiąść się na rower, ograniczyć wyjazdy do minimum, a może wrócić do samochodu – choć jeszcze wczoraj miasto przekonywało, by tego nie robić.

