Gdy rozmawiałyśmy ostatnim razem obiecała Pani, że pojedzie do Junibacken, Muzeum Astrid Lingren w Sztokholmie. Czy to się stało?
Szczerze mówiąc nie – ale ja w zasadzie mam muzeum Astrid Lindgren w domu – gdzie się nie spojrzy jest coś z nią związane – tu leży świeżo dodrukowana płyta „Emila ze Smalandii”, tam rysunek ze spotkania z dziećmi, na którym są bohaterowie wszystkich jej książek, a tam faktury za transport zamówień ze sklepu internetowego, gdzie sprzedajemy głównie jej audiobooki. Astrid ci więc u nas dostatek.
Mamy w Polsce mnóstwo świetnych pisarzy dla dzieci. Dlaczego wybrała Pani akurat szwedzką Astrid Lindgren?
To podróż zdecydowanie sentymentalna, bo „Pippi Pończoszanka”, „Dzieci z Bullerbyn” czy „Karlsson z Dachu” to książki mojego dzieciństwa. Czytając je teraz na nowo, odkrywam świat Astrid Lindgren.
I co Pani w nim widzi jako dorosła już osoba?
To absolutnie piękna literatura! Język jest bardzo zgrabny i prosty, a jednocześnie bogaty i szalenie pobudzający wyobraźnię. To znakomite historie z mądrymi puentami, wzruszające i śmieszne, bez sekundy nudzenia, z ogromnym wyczuciem dramaturgii i frywolnym pazurem. Astrid ma ogromną zdolność pisania z perspektywy dziecka, umiejętność wczucia się w dziecięcą psychikę, marzenia, wyobraźnię, którą posiadają nieliczni autorzy, tylko ci najlepsi. Sama Astrid zawsze zresztą podkreślała, że pisze też dla dziecka, które jest w niej.
A Pani ile tego dziecka w sobie ma?
Nie mam zielonego pojęcia. Oczywiście nam, aktorom, zawsze powtarza się, że musimy zachować w sobie dziecko, ale jestem już trochę zmęczona tym powiedzeniem – wytrychem… Staram się po prostu nie zmuszać do robienia rzeczy, których robić nie muszę. I mieć przyjemność z tego, co robię, robiąc to najlepiej jak potrafię. To taka moja piegowata dorosłość i muszę przyznać, że lubię jej manowce.
Bardzo lubi się Pani wygłupiać w życiu prywatnym? Albo zrobić coś totalnie spontanicznie, np. w ostatniej chwili zmienić plany i zamiast do pracy pójść do kina?
Tych spontanicznych momentów w moim życiu zawsze było dużo. W którymś momencie stały się one wręcz przekleństwem. Kilka lat temu na przykład, jadąc samochodem na wakacje zdecydowałam się zawrócić z trasy, żeby przesiąść się na najbliższy samolot. Udało się kupić jakieś ostatnie bilety i nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie to, że nie wiem, jakim cudem, ale spóźniłam się na ten samolot. Błagałam obsługę na kolanach, żeby mnie zabrali – ulitowali się, ale pod jednym warunkiem – ponieważ było już po odprawie – mogłam zabrać tylko bagaż podręczny. Tak więc zostawiłam wielkie swe walizy na lotnisku i wylądowałam w Toskanii z małym plecaczkiem, zaopatrzona w niezbędną szczoteczkę do zębów, dwie książki i kilka ciuchów na krzyż. I udało mi się tak przeżyć dwutygodniowe wakacje – co mnie bardzo zdziwiło.
A co Panią rozśmiesza do rozpuku?
Ostatnio śmiałam się bardzo na „Pożarze w burdelu” – warszawskim kabarecie, który w błyskotliwy i przezabawny sposób igra z polską rzeczywistością i „warsiawskim” zadęciem. A drugi powód do śmiechu to ostatni nasz audiobook, a w zasadzie to jak czyta go Piotr Fronczewski. „35 maja” Ericha Kästnera. Niby to kolejna opowieść dla dzieci, ale napisana i przeczytana w tak wariacki sposób, że co chwilę chichram się jadąc samochodem. Namawiam do sprawdzenia – na Dzień Dziecka mamy premierę. Z naszego Facebooka wiem, że już rodzice zacierają sobie ręce, bo to ich ukochana książka z czasów dzieciństwa.
Sądzi Pani, że współczesne dzieci zainteresują historie z naszego dzieciństwa?
Te książki nic a nic się nie starzały. Myślę, że póki będziemy tęsknić za pełnym beztroski i wolności dzieciństwem nigdy się nam nie znudzą. W dodatku obserwuję tendencję, by odsunąć dzieci od telewizora, komputera, od mechanicznych zabawek. Bo gdy dziecko ma w ręku coś technicznie doskonałego, pieczołowicie wymyślonego przez sztab dorosłych ludzi, taką idealną rzecz, to tym samym zostaje pozbawione przestrzeni i szansy, żeby w jakikolwiek sposób rozwinąć własną fantazję i dobrze się bawić przy pomocy przysłowiowego kijka i sznurka. W książkach Astrid Lingren dzieciaki przeżywają niesamowite przygody bez całej tej technicznej nadbudowy. Ale przede wszystkim ich świat nie jest skrępowany rodzicielską nadopiekuńczością, to świat, w którym rodzice czuwają, ale nie krępują dziecięcej wolności.
W Pani dzieciństwie nad Panią czuwano? Jakim była Pani dzieckiem?
Szczerze mówiąc byłam jednym z wielu dzieciaków latających po podwórku z kluczem od mieszkania na szyi. Trzepak, to był nasz raj, jabłka z dzikich jabłoni – nasz pokarm, obdarte kolana – nasze trofeum. Nikt się nie bał puszczać nas samopas, nikomu nie działa się żadna krzywda – choć siniaków i strupów było od liku. Byliśmy szczęśliwi, wolni, a opieka rodziców nie polegała na zamykaniu nas na osiedlach z alarmami i ochroną i zapisywaniu na kolejne zajęcia, które uczynią z nas asertywnych i kreatywnych w przyszłości. Opieka była jakaś taka niezauważalna, a jednak była i większość z nas dość zgrabnie lądowała w nowej dorosłej rzeczywistości.
A czy Pani syn Wiktor zasmakował takiego beztroskiego dzieciństwa?
Wiktor oczywiście wyrósł już w innych czasach – niestety nie miał takiego „podwórkowego” dzieciństwa jak ja, za to często jeździł do dziadków pod Warszawę, a tam zachowała się ta dziecięca „podwórkowa” społeczność, latania po wsi z kijkami i sforą psów wokoło. Mam wrażenie, że połknął bakcyle tej naturalnej wolności, a jednocześnie jest w nim ta doza empatii i umiejętności kontaktu z drugim człowiekiem, która nie pozwala mu się stać cyborgiem wpatrzonym jedynie w ekran swojego smartfonu. Zresztą zarówno „Pippi” jak i „Karlsson”, ale również „35 maja” Ericha Kastnera, to książki, które pierwszy raz czytałam właśnie Wiktorowi. To on dał impuls, żeby się nimi zająć. Skoro dla niego były ważne, mam wrażenie, że będą ważne dla wielu jeszcze pokoleń. Bo nawet jeśli, jak u Kästnera, opisują świat meloników i konnych tramwajów, którego już nie ma, to opowiadają o wartościach niezbywalnych – przyjaźni i poświęceniu. I jest w nich coś głęboko ujmującego do dziś. A przecież nawet „Harry Potter”, którym zachwyca się cały świat, sięga do klimatów retro. Ja w każdym razie nadal będę sięgać do dobrej dziecięcej literatury, nawet jeśli datowana byłaby przed narodzinami Chrystusa.
A jaki największy komplement usłyszała Pani od słuchacza?
Ostatnio na naszym Facebooku jakaś mama napisała, że jej synek ma wszystkie płyty Astrid Lindgren naszego wydawnictwa i słucha ich zachwycony non stop. Któregoś dnia zebrał je wszystkie razem, zaczął się im przyglądać i zapytał: „Mamo, a dlaczego na tych wszystkich płytach jest ta pani?” – mówiąc o moim zdjęciu na okładce. To chyba największy komplement dla aktora – bo myślę, że dla niego stałam się Pippi, albo Karlssonem, albo małą Tjorven z „Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku?” – mój głos stał się ich głosem – i tak Jugowska stała się postacią z Astrid Lindgren.
Rozmawiała Hanka Halek, współpracownik miesięcznika SENS
Artykuł pochodzi z czerwcowego numeru miesięcznika SENS

