Oficjalna inflacja na poziomie 2,8% może sugerować stabilizację cen, ale dla wielu gospodarstw domowych rzeczywistość wygląda inaczej. Głównie dlatego, że ceny w sklepach rosną szybciej niż wynika to ze statystycznej średniej. Natomiast codzienne zakupy coraz częściej stają się źródłem realnego finansowego obciążenia.
To, co pokazują wskaźniki makroekonomiczne, coraz słabiej oddaje doświadczenie zwykłych konsumentów. Inflacja jest uśrednieniem setek kategorii wydatków. Zakupy spożywcze są natomiast wspólnym mianownikiem dla wszystkich. I właśnie tu różnica między teorią a praktyką jest najbardziej widoczna w irlandzkich domach i portfelach.
Ceny w sklepach rosną, bo żywność drożeje szybciej niż inne dobra
Najsilniej wzrost cen widać w koszyku spożywczym. Żywność i napoje bezalkoholowe drożeją wyraźnie szybciej niż ogólny poziom cen w gospodarce. Ceny w sklepach rosną przede wszystkim tam, gdzie nie ma alternatywy ani możliwości rezygnacji z zakupu.
Mięso, nabiał, pieczywo, kawa czy czekolada — produkty codziennego użytku — podrożały w ciągu roku znacznie powyżej średniej inflacji. To właśnie dlatego wzrost cen żywności jest tak dotkliwy. Nie dotyczy wybranych grup konsumentów, lecz każdego, kto robi regularne zakupy.
Inflacja to średnia, ale ceny w sklepach rosną tam, gdzie wydajemy najwięcej
Statystyczna inflacja obejmuje także wydatki, które ponosimy rzadko albo wcale, takie jak zakup sprzętu elektronicznego czy niektórych usług. Tymczasem ceny w sklepach rosną w tej części budżetu domowego, która pochłania największy i najbardziej nieelastyczny udział miesięcznych dochodów.
Z wakacji można zrezygnować. Zakup samochodu odłożyć. Natomiast jedzenia nie da się wyeliminować z domowych wydatków. Dlatego osoby o niższych i średnich dochodach odczuwają drożyznę znacznie silniej niż wynika to z oficjalnych danych. Im większy udział żywności w budżecie, tym dotkliwsza inflacja.
Drożeją energia, transport i produkcja – drożeje wszystko
Wzrost cen żywności nie jest zjawiskiem oderwanym od reszty gospodarki. Ceny w sklepach rosną, ponieważ wcześniej wzrosły koszty energii, paliw, transportu, pracy oraz produkcji rolnej i przetwórczej. Choć tempo wzrostu cen energii osłabło, ich poziom wciąż pozostaje wyraźnie wyższy niż przed kryzysem energetycznym.

fot. shutterstock.com
Te obciążenia kumulują się na każdym etapie łańcucha dostaw i ostatecznie trafiają do cen detalicznych. Konsument widzi je nie w raportach, lecz na paragonie.
Ceny jedzenia rosną szybciej niż dochody gospodarstw domowych
Problemem nie jest sam wzrost cen, lecz to, że tempo podwyżek wyprzedza wzrost dochodów. Żywność drożeje. Natomiast pensje i świadczenia nie nadążają za rosnącymi kosztami życia. W efekcie nawet przy umiarkowanej inflacji statystycznej realna siła nabywcza wielu rodzin spada.
Rosnące wydatki na żywność wypierają inne potrzeby, zmuszając gospodarstwa domowe do coraz trudniejszych wyborów finansowych. Oszczędności nie wynikają z poprawy efektywności, lecz z konieczności.
Ceny żywności zmieniają codzienne nawyki konsumentów
Drożyzna w sklepach przestaje być zjawiskiem przejściowym, a staje się nową codziennością. Ceny w sklepach rosną, co wpływa na sposób robienia zakupów, wybór produktów i ogólną jakość konsumpcji. Coraz częściej decyzje zakupowe są podyktowane ceną, a nie preferencją czy jakością.
To cicha zmiana, która nie zawsze przebija się do nagłówków, ale systematycznie obniża komfort życia i poczucie finansowego bezpieczeństwa.
Trzeba wiedzieć na które wskaźniki patrzeć, bo sama “inflacja” wprowadza w błąd
Inflacja jest liczbą. Zakupy są doświadczeniem. Ceny w sklepach rosną szybciej niż sugeruje oficjalny wskaźnik, ponieważ drożeją przede wszystkim dobra pierwszej potrzeby. Dlatego dla wielu osób inflacja nie ma wartości procentowej — ma konkretną kwotę na paragonie.

