Absencja chorobowa jest jednym z najgorętszych wątków debaty publicznej. W wielu rozwiniętych gospodarkach pytanie nie brzmi już, czy pracownicy chorują, lecz ile to kosztuje. Gdy statystyki zaczynają iść w miliardy euro, nawet najbardziej wyrozumiałe państwo opiekuńcze zaczyna nerwowo przeliczać wydatki.
I właśnie tu zaczyna się opowieść o zjawisku, które wykracza daleko poza pojedyncze zwolnienie lekarskie.
Coraz mniej godzin przy coraz większej presji
W krajach wysoko rozwiniętych czas pracy systematycznie się skraca. Według OECD statystyczny pracownik w Niemczech przepracowuje rocznie około 1340 godzin – to jeden z najniższych wyników wśród państw uprzemysłowionych. Dla porównania w wielu innych gospodarkach liczba ta przekracza 1600 godzin.
Jednocześnie wydajność pracy liczona wartością dodaną na godzinę należy do najwyższych w Europie. Problem zaczyna się wtedy, gdy produktywność przestaje rosnąć w szybkim tempie, a ubywa rąk do pracy z powodu starzenia się społeczeństwa i skracania tygodnia pracy.
Do tej układanki dochodzi absencja. Jeżeli średnio 54 na 1000 zatrudnionych przebywa każdego dnia na zwolnieniu lekarskim, to skala robi wrażenie. W przeliczeniu na rok daje to przeciętnie 19,5 dnia nieobecności na osobę. Ten poziom plasuje Niemcy w ścisłej czołówce państw z największą liczbą płatnych dni chorobowych.
Ponad 80 mld euro rocznie za chorobowe w Niemczech
Mechanizm jest prosty i – z perspektywy pracownika – bardzo korzystny. Przez pierwsze 42 dni choroby to pracodawca wypłaca pełne wynagrodzenie. Po sześciu tygodniach obowiązek przejmuje kasa chorych, oferując zasiłek na poziomie około 70 proc. wynagrodzenia brutto (nie więcej niż 90 proc. netto). Standardowo zaświadczenie lekarskie wymagane jest od czwartego dnia nieobecności, choć firma może zażądać go wcześniej.
Ten model powstawał w czasach innej struktury demograficznej i innej dynamiki rynku pracy. Dzisiaj koszty rosną w tempie budzącym niepokój. Instytut Gospodarki Niemieckiej oszacował, że w 2024 roku sama kontynuacja wypłat wynagrodzeń podczas choroby kosztowała pracodawców około 82 mld euro. O blisko 10 mld więcej niż trzy lata wcześniej.
Rząd przyjrzy się zwolnieniom na telefon
W debacie publicznej szybko pojawia się pokusa wskazania prostego winowajcy. Często pada na zwolnienia wystawiane po konsultacji telefonicznej, które wprowadzono szerzej w czasie pandemii. Jednak statystyki studzą emocje: tego typu zaświadczenia stanowią zaledwie około 0,8–1,2 proc. wszystkich przypadków. Nawet całkowita likwidacja tej możliwości nie zmieniłaby więc zasadniczo skali zjawiska.

Sedno problemu tkwi raczej w sumie drobnych czynników: rosnącej świadomości zdrowotnej, większej liczbie diagnoz zaburzeń psychicznych, presji w miejscu pracy i zmieniającym się podejściu do równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Coraz mniej osób akceptuje przychodzenie do biura z infekcją czy pracę mimo wypalenia.
Pytanie brzmi: jak ograniczyć nadużycia, nie karząc tych, którzy naprawdę chorują? Jak zachować wysoki poziom ochrony socjalnej w starzejącym się społeczeństwie, które pracuje mniej niż kiedykolwiek wcześniej?
Jednym z proponowanych pomysłów jest wprowadzenie częściowego zwolnienia lekarskiego w przypadku niektórych diagnoz, które pozwoliłoby pracownikom kontynuować lżejsze obowiązki, zamiast całkowicie opuszczać pracę. Równocześnie minister zdrowia Nina Warken planuje weryfikację zasad wydawania zwolnień telefonicznych, aby wyeliminować przypadki nadużyć, przy zachowaniu wygody dla osób z ograniczonym dostępem do lekarzy, zwłaszcza na terenach wiejskich.

