Między luksusowymi apartamentowcami a zatłoczonymi mieszkaniami komunalnymi w Wielkiej Brytanii biegnie dziś jedna z najgłębszych linii podziału społecznego w Europie. W niektórych dzielnicach gospodarstwa domowe mają do dyspozycji ponad 100 tysięcy funtów rocznie. W innych – ledwie jedną piątą tej kwoty. I często dzieli je tylko kilka przystanków autobusem. Najbiedniejsze dzielnice i miasta w UK – gdzie są i jak się w nich żyje? Najnowszy raport rządu UK skłania do wielu refleksji.
Na mapie Wielkiej Brytanii bieda i bogactwo nie rozkładają się równomiernie. Koncentrują się w konkretnych miejscach – i to coraz mocniej. Najnowsze dane Office for National Statistics pokazują, że sześć najbiedniejszych obszarów Anglii znajduje się w jednym mieście: Birmingham. Sparkhill North, Sparkbrook South, Small Heath Park, Saltley East, Washwood Heath i Bordesley Green North – wszystkie notują średni dochód rozporządzalny gospodarstw domowych na poziomie zaledwie 20,8–21,9 tys. funtów rocznie po podatkach.
Dla porównania: w Leamouth w londyńskim Tower Hamlets – dzielnicy nowoczesnych wieżowców między Canning Town a Canary Wharf – przeciętne gospodarstwo domowe dysponuje około 107,6 tys. funtów rocznie. Różnica między najbogatszą a najbiedniejszą dzielnicą kraju sięga więc niemal 87 tysięcy funtów rocznie. To ogromna przepaść. Dlatego powoduje tak wiele napięć.
Jeszcze trzy lata temu było to „tylko” 50 tysięcy. Luka rośnie w tempie, które trudno zignorować. Również rządzącym.
Birmingham – stolica statystyk ubóstwa
W Birmingham liczby mają twarze. W Sparkhill North, gdzie dochód na gospodarstwo domowe balansuje wokół 20 tysięcy funtów rocznie. Dlatego tu ubóstwo widać to na każdym kroku. Przeludnione mieszkania to codzienność. Częsta jest również wysoka rotacja lokatorów. Na ulicach królują szyldy lombardów i punktów „cash for gold”. Wiele rodzin żyje tu od wypłaty do wypłaty. Natomiast czasem również od zasiłku do zasiłku.
W teorii Birmingham to jedno z najszybciej rozwijających się miast Wielkiej Brytanii. W praktyce rozwój ten omija całe połacie jego wschodnich i południowych dzielnic. Dlatego nowe biurowce i apartamenty powstają w centrum. Natomiast w takich miejscach jak Bordesley Green czy Washwood Heath rynek pracy wciąż opiera się na nisko płatnych sektorach: magazynach, sprzątaniu, opiece, gastronomii. Wielu jest również emerytów.
Efekt? Coraz więcej osób pracuje. i coraz więcej z nich pozostaje biednymi.
Najbiedniejsze dzielnice i miasta w UK w cieniu wieżowców i bogatych osiedli
Birmingham nie jest wyjątkiem. Podobny schemat powtarza się w całym kraju. Najbiedniejsze dzielnice poza Birmingham to w dużej mierze stare, wewnętrzne rejony miast. Newham i Southwark w Londynie. Blackbird Leys w Oksfordzie, Pendleton w Salfordzie, osiedla komunalne wokół Newcastle, Middlesbrough, Liverpoolu czy Manchesteru.
Statystyki ONS pokazują, że około 23% dzielnic w West Midlands i North West trafia do najbiedniejszego decyla w skali kraju. W North East sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Tam ponad jedna piąta dzielnic znajduje się w najbiedniejszych 10%, przy niemal całkowitym braku obszarów w grupie najzamożniejszych.
Dlatego to tworzy nową mapę ubóstwa. Nie wielkie regiony biedy, lecz gęste skupiska niedostatku. Smutne miejsca deprywacji na wielu poziomach w samym sercu nowoczesnych miast.
Londyn – miasto skrajności
Nigdzie kontrasty nie są tak wyraźne jak w stolicy. Aż 45% londyńskich dzielnic znajduje się w najbogatszym decylu kraju. Ale równocześnie w części Tower Hamlets, Newham czy częściach Southwark dochody pozostają dramatycznie niskie.
W jednej gminie możesz mieć Leamouth z dochodem ponad 100 tysięcy funtów rocznie i Shadwell North lub Poplar Central, gdzie średnia spada do 33–35 tysięcy. To różnica ponad 70 tysięcy funtów rocznie. I to w obrębie, praktycznie, sąsiadów.
W Southwark podobnie: luksusowe Butler’s Wharf i Queen’s Walk kontra South Bermondsey East. W Oksfordzie – zabytkowe centrum zamożne jak małe księstwo i Blackbird Leys, gdzie dochód gospodarstw domowych nie przekracza 34 tysięcy funtów.
To nie tylko statystyka. To codzienne życie w dwóch równoległych światach, oddzielonych często jedną ulicą.
Co znaczy „20 tysięcy funtów rocznie”?
Dla wielu Brytyjczyków kwota 20–22 tysięcy funtów rocznie na gospodarstwo domowe brzmi abstrakcyjnie. W praktyce oznacza nieustanną walkę o płynność finansową.
Czynsz w prywatnym najmie pochłania często ponad połowę dochodu. W przypadku uprawnienia do mieszkań socjalnych – problemem staje się przeludnienie i długie kolejki do większego lokalu. Do tego rachunki za energię, council tax, transport, podstawowa żywność. Na nieprzewidziane wydatki nie zostaje nic. Takie życie jest realnie niezwykle trudne. I równocześnie niezwykle stresujące.
Stąd rosnące zadłużenie czynszowe, zaległości w opłatach, korzystanie z foodbanków i charity shops. Stąd też narastający niepokój – i konsekwencje zdrowotne. W najbiedniejszych dzielnicach częściej występują choroby przewlekłe, gorsze zdrowie psychiczne, wyższa śmiertelność i większa ekspozycja na przestępczość. Ubóstwo szczególnie dotyka dzieci.
Bieda w Wielkiej Brytanii nie jest dziś tylko brakiem pieniędzy. Jest stanem permanentnej niepewności.
Dlaczego te miejsca są biedne?
Nie ma jednej przyczyny – ale kilka mechanizmów powtarza się niemal wszędzie.
Pierwszy to dziedziczone ubóstwo. Wiele najbiedniejszych dzielnic to dawne rejony przemysłowe, które po upadku fabryk i kopalń nigdy nie dostały realnej alternatywy gospodarczej. Powstała strukturalna luka w „dobrych” miejscach pracy.
Drugi to segregacja mieszkaniowa. Social housing i tanie prywatne najmy koncentrują się w tych samych obszarach. To przyciąga osoby o najniższych dochodach i jednocześnie wypycha klasę średnią. Z czasem słabnie lokalny handel, baza podatkowa i polityczna siła tych dzielnic.
Trzeci to koszt życia oderwany od płac. Nawet pełen etat w nisko płatnej pracy nie wystarcza dziś w wielu miastach na utrzymanie bez wsparcia benefitów. Zjawisko „working poor” przestaje być wyjątkiem – staje się normą.
Czwartym powodem są cięcia w usługach publicznych. Lata oszczędności najbardziej dotknęły biedniejsze rady, które miały mniejsze dochody. Zniknęły youth centres, biblioteki, lokalne punkty wsparcia. Tam, gdzie państwo się wycofuje, często wchodzą problemy: uzależnienia, przemoc, bezradność. A co stanie się po wprowadzeniu nowych zasad przyznawania świadczeń? Zobaczymy w kwietniu.
Miasta kilku prędkości
Wielka Brytania coraz bardziej przypomina kraj dwóch prędkości, gdzie z jednej strony centra finansowe, nowe inwestycje, luksusowe apartamenty. Z drugiej natomiast – dzielnice, które od dekad stoją w miejscu.
Birmingham, Manchester, Liverpool, Newcastle czy część Nottingham, Derby i Sheffield mają dziś wspólny problem: pierścienie biedy otaczające rozwijające się centra. W samym środku miasta – restauracje, coworkingi i apartamenty. Natomiast kilka kilometrów dalej – osiedla, gdzie podstawowym pytaniem nie jest „jak się rozwijać”, lecz „jak dotrwać do końca miesiąca”.

fot. Mapa wykorzystana na podstawie © Crown copyright 2025, udostępniona na licencji Open Government Licence v3.0 (OGL). Źródło: gov.uk English indices of deprivation 2025
Najbiedniejsze dzielnice i miasta w UK. Czy ta mapa musi tak wyglądać?
Historia pokazuje, że nie. W latach 90. i na początku XXI wieku wiele brytyjskich miast potrafiło ograniczać skalę ubóstwa dzięki inwestycjom w edukację, transport i mieszkalnictwo społeczne. Dziś jednak tempo zmian działa w odwrotną stronę. Dlatego nierówności rosną szybciej niż polityczne odpowiedzi na nie.
Luka między najbogatszymi i najbiedniejszymi dzielnicami wzrosła o 73% w zaledwie trzy lata, dlatego pytanie nie brzmi już „czy to problem”, lecz „jak duży problem będzie za dekadę”.

