Niemiecki przemysł jest barometrem gospodarki. Obecnie kurczy się w tempie, które przestaje być jedynie statystyczną anomalią. Z danych przywoływanych przez Welt wynika, że w samym 2025 roku zniknęło około 124,1 tys. miejsc pracy, a od 2019 roku ubyło ich już ponad 266 tys., czyli blisko 5 proc. całego zatrudnienia w sektorze.
W liczbach widać coś więcej niż tylko cykliczne spowolnienie – to sygnał głębokiej zmiany modelu gospodarczego. Najmocniej odczuwa ją branża motoryzacyjna, która jeszcze do niedawna była wizytówką niemieckiej potęgi technologicznej. Redukcja niemal 50 tys. etatów w rok i spadek zatrudnienia o 13 proc. od 2019 roku pokazują, że transformacja przemysłowa nie jest już teorią z raportów.
Niemiecka gospodarka przeszła w tryb „pauzy”
Kiedy spojrzeć szerzej, widać, że problem nie dotyczy wyłącznie rynku pracy. W latach 2019–2025 realny wzrost PKB Niemiec wyniósł zaledwie 0,2 proc. – to wynik niemal symboliczny. Dla porównania Francja urosła o 5,1 proc., Włochy o 6,1 proc., a globalna gospodarka o prawie 19 proc. Taki kontrast działa na wyobraźnię bardziej niż pojedyncze wskaźniki.
Za stagnacją stoi splot różnych czynników – wysokich kosztów pracy, słabego popytu wewnętrznego, niepewności geopolitycznej i ostrożności inwestycyjnej firm. W konsekwencji powstaje mechanizm błędnego koła. Brak wiary w przyszłość hamuje inwestycje, a deficyt inwestycji uniemożliwia wzrost i rozszerza bezrobocie w Niemczech. Badania przeprowadzone wśród 26 tys. przedsiębiorstw pokazują, że nastroje biznesu pozostają wyraźnie chłodniejsze niż oficjalny optymizm polityków.
Spadki przychodów w przemyśle wyhamowały
Spadki realnie wyniosły 1,1 proc. wobec 3,5 proc. rok wcześniej, więc trudno mówić o przełomie. Słabo radziły sobie m.in. branże samochodowa, papiernicza i tekstylna, notując około 3-procentowe straty sprzedaży. Jednocześnie liczba upadłości przedsiębiorstw przemysłowych wzrosła do najwyższego poziomu od 2013 roku – od stycznia do listopada wszczęto około 1480 postępowań.

Na tym tle interesująco wygląda fakt, że nie wszystkie sektory tracą. Chemia, farmacja i branża elektryczna zwiększyły zatrudnienie odpowiednio o 3 i 2 proc. To pokazuje, że kryzys nie jest jednolity, lecz przypomina proces przesuwania się środka ciężkości gospodarki w kierunku nowych technologii i mniej energochłonnych modeli produkcji.
Nowa mapa przemysłowej rzeczywistości
Całość układa się w obraz transformacji, która ma wymiar nie tylko ekonomiczny, ale też mentalny. Przemysł przestaje być gwarantem stabilności, a staje się sektorem wymagającym ciągłej adaptacji. Prognozowany wzrost gospodarczy na poziomie niespełna jednego procenta – w dodatku częściowo wynikający z większej liczby dni roboczych – trudno uznać za przełom.
Najciekawsze w tym zjawisku jest to, że liczby opisują coś więcej niż koniunkturę. Pokazują zmianę nastroju – od pewności do ostrożności, a w gospodarce to właśnie emocje przedsiębiorców i inwestorów często decydują o tym, czy wykresy zaczną rosnąć.

