Wyścig szczurów po czesku, czyli jak pracujemy 

 

Zaczyna się tak: świeżo upieczony absolwent uniwersytetu lub politechniki pozytywnie przechodzi rekrutacyjne sito i trafia jako jeden z maleńkich trybików do zespołu nieznanych mu ludzi, którzy przybycie nowego kolegi traktują jako zapowiedź zwolnień lub ostrzeżenie, że sami nie są dość kreatywni. I tak rodzi się strach, uczucie, które paraliżuje i pozbawia zdrowego rozsądku. Aby przestać być „nowym”, „zielonym” lub „dr. Cwachem”, należy poznać zasady panujące w firmie. Młody człowiek bierze więc bezpłatne nadgodziny i zdobywa wiedzę, którą inni dysponują całkiem swobodnie. Kiedy uda mu się opanować pierwszy strach, na horyzoncie pojawia się coś o wiele bardziej trwałego – stres. Towarzyszy mu zawsze i wszędzie: w domu, w drodze do i z firmy, podczas weekendu, urlopu, no i oczywiście w pracy. W zależności od charakteru, wytrzymałości fizycznej, zajmowanego stanowiska oraz rodzaju wykonywanej pracy stres będzie musiał w końcu znaleźć jakieś naturalne ujście. Pojawiają się więc alkohol, narkotyki i niezdrowy seks. Zdarza się jednak, że poziom stresu jest tak wysoki, iż nie można czekać do końca tygodnia, aby rozładować go, siedząc z kumplami przy piwku lub ostro zabawiając się w agencji towarzyskiej. Trzeba to zrobić zaraz. Wtedy pojawia się przemoc.

W paszczy szaleństwa

- Advertisement -

Z pewnością widzieliście w internecie zarejestrowany przez ukrytą kamerę film pokazujący spokojnego pracownika, który nagle, w przypływie niepohamowanego szału, wyżywa się na swoim komputerze lub całkowicie demoluje biurową zagródkę. Furiat w końcu opamiętuje się, łapie marynarkę i wychodzi zaczerpnąć łyk świeżego powietrza. Obiektem ataku może jednak stać się nie tylko sprzęt biurowy, ale także kolega, który wcześniej uporał się z powierzonym mu zadaniem, goniec przynoszący wezwanie na dywanik lub bezpośredni przełożony informujący z drwiącą miną, że trzeba będzie zostać po godzinach. Przemoc pojawia się nagle i trudno ją już zatrzymać. Jej konsekwencje mogą być nie tylko nieodwracalne, ale nawet śmiertelne. Dlatego, by do niej nie doszło, należy rozładować stres. Ale jak to zrobić?

A zabiję ich wszystkich

Prawdopodobnie pierwsi na pomysł radzenia sobie z niepohamowaną agresją wpadli Japończycy, którzy wielkie biurowce zaczęli wyposażać w pokoje krzyku. Sfrustrowany pracownik mógł w każdej chwili opuścić stanowisko pracy, wejść do dźwiękochłonnego pomieszczenia i wykrzyczeć się do woli. W takim pokoju często znajdował się także manekin, którego można było bezlitośnie zelżyć, upokorzyć, spoliczkować, a nawet kopać lub dusić. Na drugim biegunie sposobów pomagających zapanować nad stresem i agresją w Kraju Kwitnącej Wiśni pojawiły się pokoje medytacyjne. Wyposażone w atrybuty sprzyjające zapanowaniu nad umysłem, pomagały przywrócić harmonię psychiczną i jasność myślenia. Wiele lat później praktyczni Amerykanie postawili na odnowę biologiczną. W firmach i biurowcach pojawiły się kabiny prysznicowe, sauny, baseny, a nawet minisiłownie, gdzie można było nie tylko pozbyć się nadmiaru energii, ale także znakomicie zrelaksować umęczone ciało. Dobrym sposobem okazały się także zawody paintballu. Nareszcie każdy sfrustrowany pracownik mógł wpakować znienawidzonemu przełożonemu lub koledze kulkę między oczy, na szczęście tylko z farbą. Jednak nie każda firma może pozwolić sobie na takie rozrzutne szafowanie powierzchnią biurową lub funduszem socjalnym. Niekonwencjonalny acz praktyczny sposób wymyśliła pewna czeska firma, zatrudniając ludzi zawodowo rozładowujących stres.

Zabawa w stres

Czeska firma jest podwykonawcą jednego z wielkich międzynarodowych koncernów. Zatrudnia wielu młodych ludzi, którzy z oczami wlepionymi w monitory komputerów tworzą projekty warte miliony koron, a nawet euro. Tutaj nie ma miejsca na pomyłkę. Zarabiają dużo – adekwatnie do poziomu stresu, z jakim muszą codziennie sobie radzić. Wielogodzinne narady, przygotowywanie strategii, ustalanie planów, a zwłaszcza deadline’y („linia śmierci” – ostateczny, nieodwołalny termin) doprowadzają do rozstroju nerwowego całą kadrę. Stres i strach przeżywają wszyscy: gońcy, pracownicy biurowi, księgowość, graficy i programiści komputerowi, menedżerowie, dyrektorzy techniczni, a nawet prezesi. Uzależnieni od zamówień i wytycznych z Londynu z niecierpliwością czekają na ocenę swojej pracy. Każdy dźwiga własną dawkę stresu. Uczciwie trzeba przyznać, że czescy prezesi firmy starali się otoczyć swoich pracowników pewnego rodzaju ochroną pomagającą rozładowywać permanentny stres i zapobiec agresywnym zachowaniom. Zakładowy psycholog wybierał najbardziej zestresowane osoby i wysyłał je na wycieczki, ogniska integracyjne lub grzybobrania. Takie standardowe działania skutkowały tylko do czasu, kiedy konkurencja przechwyciła kilka intratnych zleceń, oferując tańsze usługi. Nad załogą zawisło widmo masowych zwolnień, a stres osiągnął poziom krytyczny. Prawie każdy z programistów był chodzącą bombą zegarową. Codziennie dochodziło do awantur i drobnych aktów wandalizmu. Wtedy w firmie pojawili się „specjaliści” od stresu.

Przytulanka

Karolina ma dwadzieścia kilka lat i jest rodowitą prażanką, od niedawna studiuje zaocznie zarządzanie. Do firmy trafiła przypadkiem. Pocztą pantoflową dowiedziała się, że poszukują zaufanej osoby, która będzie wprawiała pracowników w dobry humor i dbała o ich zdrowie psychiczne. – Mam wyjątkowo łagodne usposobienie, potrafię okiełznać rozjuszonego byka, a co dopiero zwykłego faceta – śmieje się Karolina, potrząsając burzą włosów. – Zawsze byłam bardzo przylepna i garnęłam się do chłopaków. Nawet jak tylko przechodziłam obok jakiegoś kolegi, to potrafiłam się do niego przytulić, patrzyłam mu głęboko w oczy i szłam dalej robić sobie herbatę. Jednak przyjmując tę pracę, nie przypuszczałam, że będę musiała odstresowywać także kobiety. Nawet nie zdaje pan sobie sprawy, ile dziewczyn z firmy chciało być dopieszczanych. Karolina, która oficjalnie zatrudniona jest na stanowisku gońca, przychodzi do firmy około południa. Od rana nie miałaby zbyt dużo do roboty. „Godziny szczytu” na łagodzenie stresu rozpoczynają się po zakończeniu porannych narad lub tradycyjnych poniedziałkowych podsumowań. Wtedy robi się gorąco. – Nie tak dawno „reanimowałam” Juliana, młodego chłopaka, który prawie słaniał się na nogach – opowiada Karolina. – Zaprowadziłam go do toalety, dałam mu się wypłakać, potem umyłam mu twarz i postawiłam na nogi. Julian od kilku tygodni przygotowywał bardzo ważny projekt, który został odrzucony przez Londyn jako niedopracowany. Nie będzie premii, nie tylko dla niego, ale także dla całego zespołu. – Jako goniec wiem bardzo dobrze, co dzieje się w każdym dziale firmy. Po kilku miesiącach pracy już na pierwszy rzut oka rozpoznaję, kto będzie kozłem ofiarnym i na kim się skoncentruje gniew innych. Muszę wtedy szybko reagować. Nieudacznikowi robię herbatę, siadam mu na kolanach, robię masaż karku lub całuję w ucho. Oczywiście robię to bardzo dyskretnie. Jednocześnie staram się, aby inni nie koncentrowali na nim swojego gniewu, zapobiegam też głupim żartom. I znowu siadam na kolanach i przytulam, przytulam, przytulam. W skrajnym przypadku pozwoliłam się pocałować w usta, ale to był kierownik dużego działu. Najgorzej, kiedy stres dopadnie kogoś, kto jest gejem. Na szczęście mam do pomocy Alberta – dodaje Karolina.

Chłopak do bicia

Prezesi szybko docenili Karolinę i jej zasługi w obniżaniu poziomu stresu, a co za tym idzie w poprawie wydajności pracy. Czegoś takiego mogła dokonać tylko osoba dobrze znająca sytuację panującą w firmie. Pojawienie się Karoliny nie rozładowało jednak wszystkich napięć. Młodzi menedżerowie oprócz kobiecej czułości zmieszanej z odrobiną erotyzmu potrzebowali jeszcze mocnego uderzenia. I wtedy pojawił się w Albert. Wypatrzył go na siłowni jeden z wiceprezesów. Trzydziestoletni mężczyzna nie miał ani wykształcenia, ani stałej pracy. Cały jego majątek stanowiły ładne zęby i blond fryzura. Chłopak nie od razu zrozumiał, jakie ma zadanie. Bycie osobą od zażegnywania konfliktów było mu całkowicie obce. Przyjęty do firmy na fikcyjne stanowisko trzeciego asystenta jednego z dyrektorów myślał, że czeka go menedżerska kariera. Na szczęście Karolina wszystko mu wytłumaczyła. – Jestem odważny i nie boję się byle kogo – mówi Albert i odruchowo poprawia mankiety eleganckiej koszuli. – Parę lat uprawiania sportów walki pozwoliło mi wyćwiczyć refleks i niezłą muskulaturę. Potrafię nie tylko uderzyć, ale także przyjąć ciosy bez uszczerbku na zdrowiu i wyglądzie. Wszyscy w firmie wiedzą, że można mnie bezkarnie uderzyć i czasem to robią. Najczęściej jednak tylko na mnie krzyczą (ta metoda wydaje nam się oczywiście kontrowersyjna – wystarczyłby manekin lub worek do bicia – przyp. red.). Do obowiązków Alberta należy także branie udziału w słynnych poniedziałkowych naradach, na których zapadają wiążące decyzje. W tym momencie zamienia się z chłopca do bicia w osobistego ochroniarza kierowniczej kadry. Pracownicy o dużym stażu pracy nie boją się mówić tego, co myślą i często nie przebierają w słowach. Wiedzą, że nie można ich zwolnić z dnia na dzień. Prowadzą naraz wiele projektów i monitorują sprawy, których powodzenie zależy od ich osobistych kontaktów, znajomości i powiązań na różnych szczeblach w wielu państwowych urzędach. – W pewien poniedziałek nie mogłem uwierzyć własnym oczom, kiedy jeden z prezesów chwycił za krzesło i natarł na wyjątkowo pyskatego kierownika działu – wspomina Albert. – Na szczęście w ostatniej chwili otrząsnąłem się z osłupienia i wyrwałem mu je z dłoni. Teraz wiem, że muszę bronić obu stron. Albert bardzo dobrze zaaklimatyzował się w firmie. – Zapisałem się znowu do szkoły, zrobię w końcu maturę i skończę jakieś kursy menedżerskie, a może otworze własną firmę ochroniarską. Tu świetnie zarabiam, a co najważniejsze w ogóle nie stresuję się robotą – śmieje się Albert.

Czeski film

Historię Karoliny i Alberta poznałem dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, kiedy to zdecydowałem się na filiżankę kawy w jednej z restauracji na warszawskiej Starówce. Mogłem przy okazji porównać ich opowieść z własnymi skromnymi doświadczeniami związanymi z pracą w dużej korporacji, w której także nie brakowało stresujących sytuacji prowadzących do tego, że jedna z moich koleżanek na widok naszego szefa wchodziła pod biurko. Mam jednak wrażenie, że zawodowi pogromcy stresu w czeskim stylu nieprędko pojawią się w polskich firmach.

Opowieści wysłuchał Włodzimierz Adam Osiński.

Imiona bohaterów zostały zmienione.

1959615_230291423761942_273062709_n

Nasza misja

Polish Express to rzetelne źródło informacji dla Polaków za granicą. Publikujemy wyłącznie sprawdzone wiadomości. Dowiedz się, jakie są nasze zasady redakcyjne!

Teksty tygodnia

Kanclerz skarbu chce pomóc w opłacaniu rachunków za olej opałowy

Kanclerz skarbu obiecała znaleźć sposób na pomoc gospodarstwom domowym w opłacaniu rachunków za olej opałowy.

Efekt Mandeli – dlaczego pamiętamy rzeczy, które się nie wydarzyły

Setki tysięcy ludzi pamięta rzeczy, które… nigdy nie miały miejsca. To właśnie efekt Mandeli — zjawisko, które pokazuje, jak bardzo można ufać własnej pamięci.

Równa płaca dla młodych? Koszty zatrudnienia mogą wzrosnąć nawet o 40 proc.

Wyrównanie płac najmłodszych pracowników z wynagrodzeniami osób powyżej 21. roku życia mogłoby zwiększyć koszty zatrudnienia o kilka tysięcy funtów rocznie.

Niebezpieczna pomyłka w lekach na serce! Niewłaściwe tabletki w opakowaniu

Ważny apel do pacjentów, aby nie używali określonej partii leku Ramipril 5 mg. W części opakowań zamiast właściwego preparatu znajdują się inne tabletki, Amlodipine 5 mg.

Moneta, którą zapłacono za bilet autobusowy w Leeds, ma 2000 lat

Moneta, którą zapłacono za przejazd autobusem w Leeds w latach 50. XX wieku okazała się mieć 2000 lat.

Praca i finanse

Kryzys w UK

Styl życia

Życie w UK

Londyn

Crime

Zdrowie