Na drugiej rundzie zakończyła się przygoda z fazą play-off dla Marcina Gortata i zespołu Washington Wizards. Wakacje zaczynają się dla nich w tym samym czasie, co rok temu. Sukces czy rozczarowanie?
Po rundzie zasadniczej mało kto wierzył, że zespół z amerykańskiej stolicy powalczy o coś więcej, niż tylko o przejście pierwszej rundy. W sezonie „Czarodzieje” grali nierówno i bezbarwnie.
Te opinie zostały zweryfikowane po pokonaniu 4:0 Toronto Raptors. Nagle Wizards stali się faworytami do finału Konferencji Wschodniej i gdyby Paul Pierce o ułamek sekundy wcześniej trafił trójkę w szóstym meczu z Atlantą to być może by się tam znaleźli.
Zabrakło nieco szczęścia i… zdrowia (uraz dłoni Johna Walla). Forma Gortata w rozgrywkach posezonowych była nierówna. W serii z Raptors prezentował się solidnie, ale bez błysku.
Imponował skutecznością, dawał zespołowi dużo w obronie, ale nie był kluczowym elementem w układance Randy`ego Wittmana. Rywalizacja z Hawks (ostatecznie przegrana 2:4) to z kolei przeplatanka meczów udanych z nieudanymi w wykonaniu polskiego środkowego.
Miał mecze słabe, jak na przykład szóste spotkanie, w którym na parkiecie przebywał ledwie 12 minut i zdążył zdobyć jedynie 2 punkty i zebrać trzy piłki, ale bywało i lepiej. W piątym meczu z 14 punktami i 8 zbiórkami był jednym z najlepszych w barwach „Czarodziejów”.
Gortat play-offy kończy ze statystykami na poziomie 12,4 punktu na mecz, 8,8 zbiórki i skuteczności sięgająca 62.8%. Ogółem grając o stawkę prezentował się lepiej, niż w sezonie zasadniczym. To cenzurka godna koszykarza z najwyższej półki.

