Definicja rumu brzmi następująco: jest to destylat sfermentowanego soku z trzciny cukrowej. UE nie pozwala nazywać rumem napojów alkoholowych produkowanych z buraków cukrowych, musiały one zatem zmienić nazwę i przestać udawać rum, ale liczba gatunków i rodzajów rumu się przez to nie zmniejszyła. W około czterdziestu krajach, od Karaibów przez Afrykę po Nepal czy Japonię, istnieje ich około 1500. Smaków i zapachów jest w świecie rumu niezliczona ilość. Najlepszą renomę mają trunki pochodzące z Jamajki czy Kuby. Poznajcie typy rumu:
Historia napoju alkoholowego z trzciny cukrowej jest długa – rozpoczęła się w starożytności. Jego nowoczesne dzieje sięgają jednak zaledwie epoki wielkich odkryć geograficznych i kolonizacji. Do jego produkcji i rozpowszechnienia zapewne by nie doszło, gdyby nie zamiłowanie Europejczyków do cukru. Zanim w XVIII wieku zaczęto wytwarzać cukier z tanich buraków cukrowych, źródłem słodyczy mogły być jedynie owoce, miód lub trzcina cukrowa, luksusowy towar z zamorskich plantacji.
Nierozłączna para: znój i alkohol
Na początku XIV wieku w Anglii kilogram cukru w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze kosztował 400 złotych. Kiedy europejscy kolonizatorzy odkryli nowe tereny kontynentu amerykańskiego i liczne wyspy, szybko zorientowali się, jak zdobyć spory majątek. Wystarczyło dowieźć z południowo-wschodniej Azji trzcinę cukrową, założyć plantacje i rozpocząć handel cukrem. Zaś po ciężkim dniu pracy na plantacji nie było nic przyjemniejszego, niż relaks ze szklaneczką czegoś mocniejszego, koloniści zaczęli więc eksperymentować z fermentacją tego, co mieli pod ręką – soku trzcinowego lub melasy. Do odkrycia rumu brakowało już niewiele. Pierwsze potwierdzone wzmianki o nim pochodzą z 1650 roku z wyspy Barbados, choć prawdopodobnie jest jeszcze nieco starszy.
Pierwszy rum nie był smaczny
Podczas produkcji krystalicznego cukru powstawała melasa, ciemna i gęsta masa podobna do świeżego miodu. Początkowo była traktowana jako odpad, ale z czasem znalazła zastosowanie jako słodzik. Że zaś ludzka pomysłowość jeśli chodzi o alkohol nie zna granic, metodą prób i błędów zaczęto wyrabiać z melasy rum. Ten wyjątkowo mocny i niezbyt smaczny trunek najpierw pili tylko najbiedniejsi, którzy nie mogli sobie pozwolić na droższe alkohole. Interes zwietrzyli jednak właściciele plantacji, którzy zaczęli sami produkować rum i sprzedawać go do gospód albo częstować nim swoich niewolników. Ci natomiast, którzy wyczuli potencjał rumu, zaczęli go stopniowo ulepszać, by więcej na nim zarobić.
Dobry, ale okrutny biznes
To właśnie z chęcią zysku i niewolniczą pracą wiąże się ciemna strona historii rumu. Plantatorzy wkrótce zorientowali się bowiem, że rdzenni mieszkańcy Ameryki nie są najlepszymi pracownikami. Rąk do pracy brakowało, zaczęto więc szukać ich w Afryce. Nie trwało długo, nim z Czarnego Lądu zaczęto przywozić niewolników do pracy na wielkich plantacjach trzciny cukrowej.
Człowiek za kilka beczek napoju
Niewolnicza siła robocza była bardzo tania, nie było bowiem mowy o wynagradzaniu, a „właściciel” musiał zapewnić tylko skromne posiłki. Inwestycją, jaką trzeba było poczynić, był zakup niewolników. Okazało się, że jako środek płatniczy świetnie nadawał się… rum! Naraz chciał go pić cały świat. W ten sposób doszło do powstania tzw. handlu trójkątnego. Jak określił to amerykański pisarz Charles Coulombe, autor książki o historii rumu, krwią tego handlu była żegluga morska, ochroną flota królewska a środkiem płatniczym rum.
My tyrani musimy sobie pomagać
Rum zaczęto produkować między innymi w Nowej Anglii, czyli na terenie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Do jego wytwarzania potrzebna była melasa, którą dowożono z plantacji na Karaibach. Plantacje działały dzięki napływowi niewolniczych sił roboczych, z kolei królowie Afryki Zachodniej także zagustowali w rumie. Handel trójkątny był korzystny dla wszystkich stron (z wyjątkiem niewolników), a sukces tej machiny był ogromny. Już pod koniec XVII wieku rocznie na Wyspy Karaibskie przypływały statki z dwudziestoma tysiącami Afrykańczyków. Tam czekała ich ciężka praca okupiona krwawymi ranami od bicza.
Rum jak chleb powszedni
Rum był na tyle lubiany, że stał się walutą, którą płacono nie tylko za niewolników, ale i za złoto. Pili go ludzie na całym świecie, zarówno wtedy, kiedy wiodło im się dobrze, jak i kiedy było im źle. Jako skuteczne lekarstwo otrzymywali go w regularnych przydziałach niewolnicy, żołnierze i żeglarze. Najwięcej rumu produkowano w koloniach Nowej Anglii, gdzie handlarze osiągali ogromne zyski. Trudno było wówczas znaleźć na tych terenach większych bogaczy niż ludzie trudniący się handlem rumem.
Powstanie nowego narodu
Zyski, jakie zgarniali mieszkańcy trzynastu kolonii w Ameryce, zaczęły kłuć w oczy tych, którzy zostali w Europie, a konkretnie w starej Anglii. Chcieli mieć udział w tym bogactwie. Zaproponowali kolonistom ochronę, ale ci nadal nie chcieli dzielić się z nimi pieniędzmi. Kłótnie o cła i podatki znalazły zaskakujące zakończenie: bunt amerykańskich kolonistów doprowadził do powstania nowego państwa. W 1776 roku z pierwotnie trzynastu kolonii brytyjskich narodziły się Stany Zjednoczone Ameryki.
Bogactwo o zapachu ludzkiej krwi
Młode państwo było bogate. Mówiono też, że kraj ten jest kolebką wolności, jednak równie dobrze zdawano sobie sprawę, że nie była to wolność dla wszystkich. „Kolebka wolności stoi na kościach ze statków niewolników” – brzmiało powtarzane wtedy powiedzenie. Historia bywa zaskakująca i dużo prawdy jest w tym, że gdyby nie melasa, rum, niewolnicy i sprytne głowy, które nimi handlowały, zapewne dzisiejsza mapa polityczna świata wyglądałaby zupełnie inaczej. Na tych podstawach była bowiem zbudowana potęga ekonomiczna USA przez kilka stuleci.

