Właśnie ruszają prace na planie drugiego sezonu. Nam udało się skontaktować z Samem i porozmawiać nie tylko o samym serialu, ale także o tym, jak wpłynął on na życie aktora i jego znajomość historii Szkocji.
Co cię zaintrygowało w postaci Jamiego Frasera i czy w jakimkolwiek stopniu utożsamiasz się z tym bohaterem?
Mówiąc szczerze, to zainteresowałem się tym projektem, jak tylko usłyszałem, że za jego realizację odpowiada Ron Moore, którego bardzo podziwiałem za pracę, jaką wykonał przy serii „Star Trek” czy „Battlestar Galactica”. Później dowiedziałem się, że serial powstaje na bazie bardzo interesującej serii książek, która ma ogromną rzeszę fanów na całym świecie. Z doświadczenia wiem, że udział w ekranizacji takiego dzieła zawsze ma pozytywne skutki. Trzeba tylko tę całą dynamikę i wszystkie niuanse przenieść do scenariusza. To oczywiście nie jest proste. A jeśli chodzi o utożsamianie się z Jamiem, to jest ono dość spore. Zacznijmy od tego, że obaj jesteśmy Szkotami. Dzięki pracy na palnie mogłem powrócić do mojego ukochanego kraju i dowiedzieć się trochę więcej o jego historii, kulturze i dziedzictwie.
A nie było to proste. W serialu używacie również dialektu celtyckiego, jaki był używany w tamtych czasach.
Tak, zostałem poproszony przez producentów, bym przyswoił trochę języka, jakim posługiwał się klan mojego bohatera w serialu. Najpierw byłem trochę przerażony, ale później okazało się, że ta nauka pomogła mi zrozumieć, kim dokładnie jest Jamie. Skąd pochodzi. Dzięki temu udało nam się pokazać pewne zmiany, jakie w nim zachodzą. Za każdym razem, gdy posługuje się on językiem angielskim, można zaobserwować, że przychodzi mu to z wielkim trudem, ponieważ nie jest to język, którym posługuje się na co dzień. Jak już wspominałem wcześniej, dużo dowiedziałem się o historii Szkocji. Klan, z którego pochodzi Jamie, został praktycznie wybity przez armię brytyjską. Dlatego fajnie, że możemy podtrzymać pamięć o nich. Pokazać, jak żyli i co robili.
Nosisz także tradycyjny kilt.
Fajnie było zgłębić jego tajemnice. Nie jest to przecież tylko ceremonialny ubiór. Kiedyś kilt był bardzo funkcjonalnym ekwipunkiem żołnierskim. Można było go nosić na wiele sposobów, wykorzystywać do kamuflażu, jako śpiwór czy hamak, a nawet owinąć wokół ręki i użyć jako tarczy. Był naprawdę bardzo funkcjonalny.
Nigdy nie ukrywałeś tego, skąd pochodzisz. Zawsze w wywiadach podkreślasz, że jesteś Szkotem. Byłeś także twarzą referendum, w którym Szkocja walczyła o niepodległości i oderwanie się od Wielkiej Brytanii. Jaki byłby twój kraj, gdyby to referendum wtedy się powiodło?
Wziąłem udział w tej kampanii, choć muszę się przyznać, że najpierw byłem przeciwko temu, by Szkocja stała się niepodległa. Dopiero po odbyciu kilkunastu rozmów i zrozumieniu problemu, zmieniłem zdanie. Zobaczyłem, ile osób jest w to zaangażowanych. Jak bardzo obywatelom na tym zależy. To było coś niesamowitego. Poczułem, że to jest dobry moment, by Szkocja miała więcej demokracji w sobie. By mogła sama decydować o swoim losie i o losie swoich obywateli. Wydaje mi się, że dzięki niepodległości mogłaby się podnieść stopa życiowa w naszym kraju. Wiele krajów o taką wolność walczyło – choćby Polska i wyszło to im na dobre. Niestety, nie osiągnęliśmy upragnionego celu, ale nasz kraj się zmienił. Ludzie znów zainteresowali się polityką i tym, co się dzieje wokół nich. Znów zaczęliśmy się rozwijać.
Jak wyglądało twoje pierwsze spotkanie z Caitrione Balfe podczas czytania scenariusza?
Byłem wtedy trochę zmęczony. Moje spotkania z potencjalnymi kandydatkami do roli Claire odbywały się aż w Los Angeles. A jak możesz sobie wyobrazić, lot z Anglii do Stanów Zjednoczonych to nie jest piknik. Zawsze długo trwa, przez co człowiek jest padnięty następnego dnia. Castingi się przeciągały i cały czas nie mogliśmy znaleźć odpowiedniej dziewczyny. Ale gdy tylko Caitriona weszła do pokoju, już wiedzieliśmy, że to jest to, czego szukamy. Pojawiła się pewna chemia. Pomogło nam również to, że pochodzi ona z Irlandii, przez co mieliśmy wiele wspólnych tematów do rozmowy. Jednak decydująca była scena kłótni, którą musieliśmy razem zademonstrować. Była ona bardzo ognista i szybko pojawiły się w niej fragmenty przemocy fizycznej, która wyszła niezwykle naturalnie. Pamiętam, że podczas tej wymiany zdań chwyciłem ją mocno w uścisk, by nie mogła uciec i podniosłem, a ona zaczęła energicznie wierzgać nogami. Z tego co wiem, to bardzo dobrze się to oglądało producentom i dlatego ją wybrali.
Miałeś okazję poznać również autorkę cyklu „Obcy” – Dianę Gabaldon. Jak ci się z nią pracowało?
Gdy tylko zostałem wyłoniony w castingu do roli Jamiego, to Diana do mnie zadzwoniła, by porozmawiać właśnie o roli i swoich pomysłach na tę postać. Przesłała mi pocztą nawet swoje notatki czy krótkie opowiadania, które zgromadziła podczas pracy nad książką. Niektóre z nich nigdy nie ujrzały świata dziennego. Jej porady bardzo mi pomogły stworzyć Jamiego takiego, jakiego pokochali czytelnicy na całym świecie. Do dziś dostaję od niej wskazówki, które zostawia mi na Twitterze. Jestem pewien, że nasza współpraca będzie jeszcze lepsza podczas pracy nad 2 sezonem.
Wiem, że nie czytałeś książki przed pójściem na casting. Nadrobiłeś zaległości?
Tak (śmiech). Przeczytałem pierwszą cześć, gdy dostałem rolę i przygotowywałem się do pracy. Staram się czytać równo ze scenariuszem, by nie wybiegać zbytnio w przyszłość. Wolę nie wiedzieć, co mnie czeka.
Ale pomaga ci to w pracy?
Bardzo. Staram się też przemycać pewne smaczki z książki, by były one zauważalne praktycznie tylko dla osób, które ją przeczytały. To bardzo fajne, bo wiem, że ludzie to wyłapują.
Myślałeś o tym, by może wyreżyserować jeden z odcinków?
Marzę o tym, ale raczej nic z tego nie będzie (śmiech). Wbrew powszechnej opinii, nie jest to takie proste i łatwe. Producenci bardzo niechętnie podchodzą do takich rzeczy, zwłaszcza że nigdy czegoś takiego nie robiłem, więc byłby to mój pierwszy raz. Ale kto wie… Wydaje mi się, że dałbym sobie radę, pytanie tylko, czy ktoś zaryzykuje, by powiedzieć: sprawdzam.
Czujesz, że popularność, jaką cieszy się ten serial, wpływa jakoś na twoje życie prywatne?
Oczywiście. Po pierwsze stałem się bardziej rozpoznawalny nie tylko w UK, ale na całym świecie. Nie jestem nowicjuszem i brałem udział w kilku projektach filmowych i telewizyjnych w Anglii i w Stanach, ale dopiero po udziale w „Outlanderze” udało mi się przebić do świadomości innych reżyserów i producentów. Zacząłem otrzymywać dużo więcej ofert niż dotychczas.
Słyszałem również, że stałeś się dużo bardziej popularny wśród pań. Pojawienie się twojej osoby na Comic-Conie było nie lada wydarzeniem.
Fani są fantastyczni i entuzjastycznie do nas nastawieni. Faktycznie, gdy pojawiliśmy się na zlocie fanów komiksów i seriali, to tłum zebranych tam dziewczyn dosłownie oszalał. W życiu nie słyszałem tak dużej grupy kobiet krzyczących na mój widok. A musisz pamiętać, że to było dopiero po emisji 4 odcinków. Nie spodziewałem się takiej reakcji. Poczułem się jak prawdziwa gwiazda filmowa.
Serial opiera się na możliwości podróży w czasie. Gdybyś sam mógł odbyć taką podróż, to do którego okresu historii i co byś zmienił?
Chyba przeniósłbym się do starożytnego Egiptu, by zobaczyć na własne oczy, jak powstawały piramidy i do czego tak naprawdę służyły. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to były zwykłe grobowce. Raczej nie zmieniałbym nic, ale chętnie zgłębiłbym tajemnice tego okresu. Gdy nie oglądam moich ulubionych seriali, to lubię czytać książki historyczne. To takie moje hobby.
A jakie seriale oglądasz?
Ostatnio zafascynował mnie „The Knick”. Ma świetną historię i jest znakomicie zagrany. Podoba mi się zwłaszcza ta dbałość o szczegóły i muzyka, która uzupełnia całość. Mógłbym jej słuchać w samochodzie. Ostatnio też zacząłem oglądać prequel serialu „Breaking Bad” pod tytułem „Better Call Saul”. Obawiałem się, że nie dorówna on poziomem swojemu pierwowzorowi, ale daje radę.
Jak zakończyłbyś historię „Outlandera”, gdybyś mógł napisać ostatni rozdział.
Kurczę, nie wiem, bo ten koniec się tak odwleka jak w „Grze o tron”. Diana powiedziała, że chce całość zamknąć w 8 książkach, a już piszę 9. Wiem, że mojego bohatera czeka długa i trudna droga. Mocno się zestarzeje i może się tak skończyć, że ktoś będzie musiał mnie zastąpić w tej roli. Choć mam nadzieję, że uda się tak mnie postarzeć, by wyglądało to wiarygodnie. Na pewno to nie będzie zakończenie w stylu: „ I żyli długo i szczęśliwie”. Tak więc moje marzenie, by Jamie żył spokojnie, raczej nigdy się nie ziści.
Rozmawiał Dawid Muszyński

