Nie przypuszczałem, że gdzieś w Unii Europejskiej jeżdżą wciąż takie autobusy. Na oko czterdziestoletnie, może i odmalowane niedawno (na żółto-pomarańczowo-biało), lecz i tak w stanie wskazującym na skrajne zużycie. Do tego niespełniające chyba żadnych unijnych norm, a z całą pewnością wszystkich tych, które dotyczą bezpieczeństwa. Nawet drzwi nie mają! A kierownice po złej stronie.
Jazda bez trzymanki!
Wsiadam zatem na lotnisku do pojazdu wyrwanego z dawno minionej epoki (albo z reportażu o południowoamerykańskich slumsach, których mieszkańcy tłoczą się w podobnych busach), nie mając świadomości, jak interesującym doświadczeniem będzie pierwsza jazda maltańską komunikacją zbiorową.
Czerwone światła na skrzyżowaniach? Oj, to tylko taka delikatna sugestia, nie trzeba zanadto się przejmować, wystarczy tylko głośno trąbić, żeby wszyscy wiedzieli, kto ma pierwszeństwo.
Ograniczenie prędkości? No bez żartów! Na przystanku chce wysiąść tylko jedna osoba? Nie ma po co się zatrzymywać, wystarczy zwolnić, wyskoczy (drzwi, przypomnijmy, nie ma na wyposażeniu). Mijanie budynków i samochodów o szerokość palca? Standard. Jak jednak zapewniają mnie tubylcy, wypadki samochodowe na wyspie są rzadkością, a powodują je głównie wypożyczający auta turyści, szczególnie ci nienawykli do jazdy po lewej stronie. Nie mam podstaw, by w to nie wierzyć, nie dostrzegam bowiem nigdzie ani jednego, choćby lekko odrapanego auta. Nie to co we Włoszech, gdzie kierowcy również mają przepisy w głębokim poważaniu, lecz nie potrafią radzić sobie na ulicach o wiele szerszych i prostszych niż ciasne, maltańskie slalomy (co widać po stanie ich pojazdów). Aż dziwne, że Maltańczycy nie są gwiazdami rajdów samochodowych.
Mała Brytania
W latach 1815-1963 Maltą rządzili Brytyjczycy (odebrali ją Napoleonowi, który wcześniej wygnał stąd zakon szpitalników) – i widać to na każdym kroku. O jeździe po złej stronie ulicy już wspomniałem, pora wymienić kilka innych rzeczy. Przede wszystkim: tubylcy są dwujęzyczni, mówią po maltańsku – co brzmi jak skrzyżowanie arabskiego z włoskim – i po angielsku. Dalej, w kraju liczącym 350 tysięcy mieszkańców są aż cztery ligi piłkarskie (The Maltese Premier League, a niżej First, Second i Third Division), a kluby noszą nazwy w rodzaju Sliema Wanderers F.C. czy Hibernians. Można też tutaj w brytyjskich pubach napić się brytyjskiego piwa, w barze zjeść fish & chips, a co rano w każdej knajpce dostać za niewygórowaną cenę angielskie śniadanie. Właśnie. Angielskie śniadanie. Zamawiam je w małym lokalu prowadzonym przez Anglików. Nie zaczyna się najlepiej. Posiłek niesie kelner, na oko osiemdziesięcioletni, trzęsą mu się ręce. Talerze z jedzeniem docierają do mnie bez szwanku, ale jedna trzecia herbaty i mleka trafia na podłogę. To fajnie, że człowiek w tym wieku, pomimo widocznych trudności, chce pracować, lecz chyba mógłby zająć się czymś innym niż podawanie posiłków?
Ech, mniejsza o to, ważne, że śniadanie znalazło się przede mną. Dwie przypieczone kiełbasy, dwa przypalone jajka sadzone, kilka plastrów boczku, pomiędzy tym wszystkim fasola i smażone pomidory, tu i ówdzie trafi się kawałek grzybka… Sporo żarcia, a zapłaciłem trzy euro. Wszystko niestety skąpane w tłuszczu, który przy każdym poruszeniu widelca wylewa się z talerza na ceratowy obrus. Aha, obok jest jeszcze drugi talerz, a na nim góra (dosłownie!) tostów.
Jem, a choć apetyt dopisuje mi jak zawsze, tego co dostałem chyba nie uda mi się dokończyć. I już wiem, że na następne podobne śniadanie nie będę miał ochoty – przynajmniej do czasu, kiedy nie zacznę na pełny etat pracować w polu. Bo rozumiem, że takie jedzenie było sensownym rozwiązaniem dla chłopów i robotników, którzy o świcie wyruszali do ciężkiej, fizycznej pracy, by następny posiłek zjeść dopiero po zmroku. Ale jak Brytyjczycy mogą pochłaniać coś takiego (wielu z nich – codziennie!) przed wyjściem, dajmy na to do biura, w którym spędzą na siedząco kilka godzin, z przerwą na lunch, podjadając krakersy? Albo na Malcie przed pójściem na plażę? Nic dziwnego, że w rankingu najbardziej otyłych społeczeństw wyprzedzają ich jedynie – o włos! – Amerykanie.
Zostawmy jednak brytyjskich grubasów. Oto właśnie przy śniadaniu docierają do mnie fragmenty rozmowy z oddalonego o kilka metrów stolika. Na Malcie jest ekipa filmowa, słyszę. Okazuje się, że kręcą tu coś z fantastyki, którą od dziecka tak uwielbiam, chyba jakiś serial.
Gra o tron
Koło Rabatu (maltańskiego, nie marokańskiego), gdzie trzy miesiące w katakumbach spędził święty Piotr, na jednym z najwyższych wzgórz Malty odnajduję malowniczą miejscowość. Ludzie osiedlali się tu już sześć tysięcy lat temu, a w VIII wieku p.n.e. pierwszą warownię wznieśli na szczycie Fenicjanie. I nic dziwnego, to doskonała lokalizacja ze względów strategicznych: po pierwsze, z tutejszych wież widać prawie całą wyspę, po drugie zaś, niemożliwy jest atak bezpośrednio z okrętów. Kiedy Maltę przejęli Rzymianie, miejsce to wybrał na swoją siedzibę cesarski gubernator, a jakiś czas potem, w roku 870 n.e., miasto na wzgórzu zdobyli Saraceni, którzy otoczyli je solidnymi murami oraz fosą i nadali mu nazwę, która przetrwała do współczesności: Mdina.
To tutaj wielcy mistrzowie zakonu joannitów składali uroczystą przysięgę, że bronić będą wyspy i jej mieszkańców. Kiedy w 1693 roku trzęsienie ziemi zniszczyło część średniowiecznych zabudowań (głównie normańskich, bo i Normanowie się tutaj zapędzili), zakonnicy dodali Mdinie barokowego charakteru – przede wszystkim za sprawą katedry świętego Pawła. Na szczęście nowa świątynia i inne budynki wzniesione po wstrząsach doskonale wkomponowano w całość, a miasto nie straciło uroku, wręcz przeciwnie, zyskało niepowtarzalny charakter. I nic dziwnego, że twórcy serialu fantasy kręcili tu wiele ważnych scen. No właśnie, tylko jakiego serialu? Otóż, „Gry o tron” – jak udało mi się dowiedzieć z internetu – na podstawie bestsellerowego cyklu autorstwa George’a Martina.
Stoję pod miejskimi murami, mam przed sobą most prowadzący ponad fosą do bramy, której strzegą herbowe lwy. Ruszam w ich kierunku, choć właściwie nie wiem, dokąd trafię. Dopiero kilka miesięcy później, gdy oglądam serial, dowiaduję się, że śladem Neda Starka, Lorda Winterfell, w którego wcielał się Sean Bean (czyli Boromir z „Władcy Pierścieni”), wkraczałem do Królewskiej Przystani, stolicy Siedmiu Królestw, najważniejszego miasta kontynentu Westeros. Fajnie, prawda?
Po raz kolejny mam szansę udać się z wizytą do świata „Gry o tron”, kiedy trafiam pod kolejną bramę – pod wrota Fortu Riscoli, wzniesionego na końcu półwyspu leżącego naprzeciw Valletty, po drugiej stronie zatoki. Z obrzeży maltańskiej stolicy widać go doskonale. Fort wybudowali, jak większość tutejszych umocnień, oczywiście joannici, lecz później służył też żołnierzom brytyjskim. A potem filmowcom – kręcono tu m.in. sceny „Gladiatora”, „Agory” i „Troi”. Lecz teraz brama z parą podwójnych, splątanych kolumn prowadzi do Czerwonej Twierdzy, rezydencji władcy Siedmiu Królestw. Niestety – jest zamknięta. Tym razem nie mogę pójść za lordem Starkiem.
W świecie Essos
Ale za to kilka dni później, na sąsiedniej wyspie Gozo, mam okazję zobaczyć kawałek całkiem innego kontynentu fantastycznego świata: Essos. Stoję pod Lazurowym Oknem, majestatyczną formacją skalną, jakby wielką bramą (bramą, znów!) wykutą w skale, by przepływały pod nią okręty. Rozbijające się o brzeg potężne fale, krople wody lądujące na twarzy, błękit nieba i morze o barwie lapis-lazuli – wszystko to sprawia, że naprawdę można poczuć się jak w miejscu z innego, baśniowego świata. Jak w Essos. Przecież są tu wciąż nawet namioty Dothraki, ludu nomadycznych wojowników, jest podest z kolumnami, gdzie niedawno odbył się ślub wielkiego wodza Khala Drogo (zagrał go Jason Momoa, czyli Conan) i pięknej, jasnowłosej Daenerys Targaryen, dziedziczki królewskiego tronu. Szkoda jednak, że na wesele się spóźniłem.
Mimo to – z Malty wracam zachwycony. Bo jakże mogłoby być inaczej? Zwiedziłem przecież dwie wyspy i zajrzałem na dwa kontynenty, które dzieli morze. Całkiem nieźle, jak na zaledwie tygodniową wycieczkę.
Daniel Nogal

