… a dosłownie dzień później, podczas wyborczej wizyty w szkockiej destylarni swobodnie raczył się whisky! Czy takiemu politykowi w ogóle można w czymkolwiek zaufać?
W ramach kampanii wyborczej brytyjski premier Boris Johnson odwiedził Szkocję, a konkretnie jedną z destylarni whisky koło Elgin oraz złożył wizytę w lokalnej fabryce czipsów. Lider Partii Konserwatywnej obowiązkowo zachęcał do głosowania na torysów, przekonywał do swojego projektu politycznego i podkreślał, że Szkocja musi pozostać częścią Zjednoczonego Królestwa.
– Jesteśmy partią, która mówi: pójdźmy razem jako cała Wielka Brytania, załatwmy do końca sprawę Brexitu, zamknijmy to, a następnie zbierzmy razem nasz wspaniały kraj, aby uwolnić potencjał, jaki ma Wielka Brytania – mówił z emfazą Johnson. Jednak ten przystanek na kampanijnej mapie Konserwatystów zostanie zapamiętany z innego, niż kolejnego nudne referowanie sloganów, powodu. Otóż, BoJo podczas wizyty w destylarni nie odmówił sobie… whisky.
Co w tym dziwnego? Już tłumaczymy! Dosłownie dzień później, na trasie wyborczej trasy konserwatywnego lidera znalazł się szpital King's Mill Hospital w hrabstwie Nottinghamshire. Podczas spotkania z potencjalnymi wyborcami premier zapewniał, że w związku ze swoim zaangażowanie w doprowadzenie Brexitu do końca musiał zrezygnować z picia alkoholu. Jak to się ma to tego, że ledwie dzień wcześniej z uśmiechem na ustach, w ramach "obowiązków" związanych z kampanią popijał sobie whisky? Na to każdy musi odpowiedzieć sobie sam…
Dodajmy, że Johnson ostatecznie nie wyjaśnił, czy w kwestii swojej "abstynencji" miał na myśli ostatni termin Brexitu, który został wyznaczony na ostatni dzień stycznia 2020 czy koniec "transistion period", ale faktem jest, że okazało się (po raz kolejny!), że to polityk, który rzuca słowa na wiatr i nie dotrzymuje swoich obietnic. Mówi to, co w danej sytuacji wypada powiedzieć i robi to, co zostanie dobrze odebrane.
