Każda duża fala skandali finansowych ma podobny drugi akt. Najpierw jest błąd systemu: bank, aplikacja, produkt kredytowy albo procedura podatkowa, która okazuje się wadliwa. Potem przychodzi masowe poczucie krzywdy. A dopiero na końcu pojawia się przemysł, który na tej krzywdzie zaczyna zarabiać – firmy od roszczeń, które oficjalnie „walczą o Twoje odszkodowanie”. Jak nie dać się oszukać, gdy chcesz walczyć o swoje prawa i pieniądze?
W 2026 roku w Wielkiej Brytanii te trzy etapy widać wyjątkowo wyraźnie. Awaria systemów bankowych, wieloletni skandal z finansowaniem samochodów i spory wokół spadków oraz podatku spadkowego stworzyły środowisko, w którym miliony ludzi mogą mieć realne roszczenia. A tam, gdzie są pieniądze do odzyskania, natychmiast pojawia się też presja, by „ktoś zrobił to za Ciebie”.
Problem polega na tym, że ten „ktoś” nie zawsze działa w Twoim interesie.
Jak rodzi się przemysł roszczeń
W przypadku Lloyds Banking Group, Halifax i Bank of Scotland doszło do głośnej awarii aplikacji. Podczas niej część klientów mogła zobaczyć cudze dane finansowe i transakcje. Dotknęło to setek tysięcy osób. Natomiast setki tysięcy kliknęły w dane innych użytkowników. Bank zaczął wypłacać rekompensaty za stres i naruszenie prywatności.
W takich momentach ludzie często nie wiedzą, czy w ogóle „coś im się należy”. Czy to tylko chwilowa niedogodność, czy realne naruszenie praw? I właśnie w tej niepewności pojawiają się firmy, które obiecują szybkie rozwiązanie: „sprawdzimy, czy masz roszczenie i odzyskamy Twoje pieniądze”.
Podobnie było przy skandalu z finansowaniem samochodów, gdzie błędne lub ukryte prowizje mogły zawyżać koszty kredytów. Tam regulator, Financial Conduct Authority (FCA), uruchomił ogólny system odszkodowań. Natomiast skala sprawy sięgnęła miliardów funtów. To idealne środowisko dla firm roszczeniowych: dużo poszkodowanych, skomplikowane zasady i niepewność, kto dokładnie kwalifikuje się do wypłaty.
Jak nie dać się oszukać firmom “walczącym o Twoje odszkodowanie”, czyli biznes na czyimś nieszczęściu
Claims management companies (CMC), czyli firmy obsługujące roszczenia, działają na prostym modelu. Jeśli odzyskają dla Ciebie pieniądze, pobierają prowizję. Czasem sięga ona nawet 33% wypłaty.
W teorii to usługa „bez ryzyka”. W praktyce problem zaczyna się wcześniej.
Brytyjski regulator FCA wskazuje, że część firm stosuje agresywny marketing i wprowadzające w błąd reklamy. Konsumenci trafiają jednocześnie do wielu firm, które potem „walczą” o ten sam przypadek. Efekt? Chaos, opóźnienia i ryzyko utraty kontroli nad własnym roszczeniem.
Najbardziej niebezpieczny mechanizm jest subtelny: przejęcie narracji. Klient zaczyna wierzyć, że bez firmy nie poradzi sobie z procedurą. Tymczasem w wielu przypadkach — jak przy programach FCA — system jest celowo zaprojektowany jako prosty i bezpłatny.
Na czym realnie polegają nadużycia
Problem nie zawsze polega na „oszustwie” w sensie prawnym. Często to graniczne praktyki, które wykorzystują niewiedzę i presję czasu.
Część firm stosuje niejasne warunki rezygnacji, przez co wyjście z umowy może być kosztowne. Zdarza się też, że klient nie wie, że firma przekazała jego sprawę dalej albo „sprzedała” innej firmie.
Dlaczego Polacy też są w tym systemie
W Wielkiej Brytanii mieszka i pracuje duża społeczność Polaków, co sprawia, że są oni naturalną grupą docelową dla firm roszczeniowych. Szczególnie narażone są osoby, które nie czują się pewnie w angielskim systemie prawnym. Polacy często też reagują na reklamy w social mediach „sprawdź, czy należy Ci się odszkodowanie”
Dla firm CMC to idealny klient: potencjalnie uprawniony do roszczenia, ale niepewny procedury. Dlatego skłonny zapłacić za „święty spokój”.

fot. shutterstock.com
W praktyce oznacza to, że część Polaków traci znaczną część odszkodowania nie przez bank czy regulatora, ale przez pośrednika.
Jak nie oddać kontroli nad własnym roszczeniem
Największy błąd, jaki popełniają poszkodowani, to przekonanie, że proces musi być skomplikowany. Tymczasem wiele systemów – szczególnie tych uruchamianych przez FCA – jest zaprojektowanych tak, aby można było z nich skorzystać samodzielnie.
Jeśli ktoś kontaktuje się z Tobą pierwszy, obiecuje „szybkie pieniądze” i naciska na podpisanie umowy bez czasu na analizę, to nie jest neutralna pomoc. To model sprzedażowy. Nie doradczy.
Warto też pamiętać, że „bezpłatna pomoc” często oznacza tylko brak opłaty z góry. Koszt pojawia się później — w procentach od Twojego odszkodowania.
Na co zwracać uwagę i jak nie dać się oszukać firmom czyhającym na Twoje odszkodowanie?
Gdy walczysz o odszkodowanie, najłatwiej dać się „przejąć” firmie, która wygląda profesjonalnie, ale w praktyce działa głównie na Twojej niewiedzy i presji czasu. Klucz to szybkie rozpoznanie sygnałów ostrzegawczych i trzymanie kontroli nad procesem.
Na co zwracać uwagę i jakie są czerwone flagi:
- Kontakt „znikąd” z informacją, że coś Ci się należy – jeśli firma sama do Ciebie pisze lub dzwoni i od razu „wie”, że masz roszczenie, to nie jest neutralna pomoc, tylko marketing.
- Obietnice pewnej lub szybkiej wypłaty – w realnych procedurach odszkodowawczych nic nie jest gwarantowane ani natychmiastowe.
- Presja czasu – komunikaty typu „ostatnia szansa”, „musisz działać dziś”, „limit miejsc” mają wyłączyć Twoje myślenie.
- Brak jasnych informacji o kosztach – szczególnie gdy pojawia się prowizja procentowa (np. 20–35%), ale bez prostego wyjaśnienia, ile realnie stracisz.
- Niejasna umowa lub brak możliwości spokojnego jej przeczytania – jeśli ktoś naciska na szybki podpis, to sygnał ostrzegawczy.
- Trudne lub ukryte warunki rezygnacji – np. opłaty za wyjście z umowy albo „koszty administracyjne” nawet wtedy, gdy nic nie zostało jeszcze zrobione.
- Przekonanie, że „sam nie dasz rady” – jeśli firma od początku buduje narrację, że procedura jest zbyt skomplikowana bez nich, to często jest to element sprzedaży, nie fakt.
- Brak jasności, czy korzystasz z darmowej ścieżki – przy wielu sprawach (np. bankowych czy regulatorowych) możesz zgłosić roszczenie samodzielnie bez żadnych opłat.
- Zbieranie danych bez wyjaśnienia celu – jeśli od razu proszą o pełne dane i dokumenty, zanim w ogóle wyjaśnią proces, warto się zatrzymać.
Najprostsza zasada jest taka: jeśli ktoś zarabia na Twoim roszczeniu, jego interes nie zawsze jest identyczny z Twoim. Im bardziej czujesz presję, pośpiech i brak przejrzystości — tym większe ryzyko, że to nie jest realna pomoc, tylko biznes na Twojej sytua
