Miała być głośna reforma rynku pracy. Zamiast niej według brytyjskiej prasy szykuje się wielki niewypał. Rząd rzekomo zamierza wycofać się z planów wprowadzenia tzw. right to switch off, czyli prawa do „odłączenia się”, które miało pozwolić pracownikom ignorować służbowe telefony, wiadomości i e-maile wysyłane wieczorami, nocą oraz w weekendy.
Dla milionów pracowników byłaby to solidna tarcza przed ciągłą presją dostępności dla pracodawców. Dla firm – kolejny obowiązek. Teraz zwycięża drugi argument. Jedna z najgłośniejszych obietnic Partii Pracy – prawo do odłączenia się – może trafić do archiwum.
Miała być rewolucja – prawo do „odłączenia się”
Projekt był jednym z kluczowych elementów programu wyborczego Partii Pracy i częścią szerzej zapowiadanego „nowego ładu dla ludzi pracy”. Jego założenie było proste: po zakończeniu dnia pracy pracownik będzie miał czas wolny – i koniec. Nie będzie odbierał telefonów od przełożonych poza grafikiem.
Plan zakładał m.in.:
- możliwość nieodbierania służbowych połączeń po pracy,
- prawo do ignorowania e-maili wysyłanych wieczorem i nocą,
- odmowę wykonywania zadań w weekendy bez konsekwencji,
- walkę z wypaleniem zawodowym,
- wytyczenie ostrych granic między pracą a życiem prywatnym.
Laburzyści argumentowali, że praca z domu nie może zamieniać mieszkań w całodobowe biura i robić z pracowników więźniów. Brytyjski pomysł nie był pionierskim eksperymentem. Podobne rozwiązania funkcjonują w części Europy – np. we Francji i Belgii – i to one stały się punktem odniesienia dla Londynu.
Dlaczego rząd się wycofuje? W tle gospodarka i presja biznesu
Teraz priorytety rządu wyraźnie się zmieniły. Według brytyjskich mediów ministrowie mają w najbliższym czasie ogłosić serię poprawek do ustawy Employment Rights Bill, a „prawo do odłączenia się” ma zniknąć z planów. Nieoficjalnie mówi się wprost: projekt jest politycznie martwy.
Powód? Gabinet chce odbudować zaufanie przedsiębiorców. Po wcześniejszych decyzjach budżetowych, które zwiększyły koszty prowadzenia działalności, rząd nie chce dokładać firmom kolejnych obowiązków. Tyle że to miecz obosieczny, ponieważ uprzywilejowanie pracodawców niekoniecznie spodoba się pracownikom.

Niemal co czwarta osoba zatrudniona na Wyspach zamierza odejść z obecnej firmy w 2026 roku. Tak wynika z analizy przeprowadzonej w zeszłym roku przez międzynarodową platformę Culture Amp, opierającej się na 1,4 miliarda odpowiedzi z 97 ankiet zebranych w 8200 firmach, w tym 816 działających w Wielkiej Brytanii. W UK chęć odejścia z pracy deklaruje 24 proc. zatrudnionych, czyli o 1 punkt procentowy więcej niż w roku poprzednim.
Praca zdalna na Wyspach jest popularna
Sprawa jest tym bardziej gorąca, że Wielka Brytania wyróżnia się w Europie pod względem popularności pracy zdalnej i hybrydowej. Nawet 2 na 5 ofert pracy dotyczy stanowisk umożliwiających elastyczny model zatrudnienia. Brytyjscy pracodawcy są bardziej skłonni oferować taką formę pracy niż firmy we Francji czy Niemczech. Duże zainteresowanie widać również wśród kandydatów – ponad 40 proc. wszystkich aplikacji dotyczy ofert z możliwością pracy zdalnej lub hybrydowej.
W pełni zdalne stanowiska stanowią 10 proc. wszystkich ogłoszeń i cieszą się dużym zainteresowaniem. Mimo to 2 na 3 pracodawców uważa, że praca w biurze poprawia współpracę w zespołach, dlatego wiele firm wymaga obecności przez 3 lub 4 dni w tygodniu. Jednocześnie niemal 40 proc. pracodawców musiało złagodzić swoje zasady dotyczące powrotu do biur, aby skuteczniej rywalizować o wykwalifikowanych pracowników.
Z uwagi na popularność pracy zdalnej w UK problem przewlekłego działania pod dyktando szefa o każdej porze dnia i nocy nie zniknie z dnia na dzień. Wręcz przeciwnie. Jeśli więc rząd rzeczywiście porzuci reformę, walka o wolny wieczór i spokojny weekend prędzej czy później najpewniej wróci.
