Przed 1 kwietnia kierowca w Niemczech mógł podjechać pod dystrybutor rano, zobaczyć jedną cenę, wrócić po kawie i zapłacić kilka centów więcej. Kilka godzin później paliwo potrafiło znowu tanieć, by wieczorem znów cenowo wystrzelić. Problem urósł do takich rozmiarów, że niemiecki rząd postanowił uderzyć pięścią w stół. Od kwietnia ceny na stacjach paliw nie mogą szaleć z godziny na godzinę.
Bundestag przyjął przepisy, które miały skończyć z paliwowym chaosem i ograniczyć swobodę manipulowania cenami przez koncerny. Miało być prościej, uczciwiej i bardziej przewidywalnie. Teraz Niemcy przekonują się, że nawet najbardziej uporządkowany na papierze system niekoniecznie się sprawdzi.
18 zmian cen dziennie. Kierowcy mieli dość
Według Niemieckiego Urzędu Antymonopolowego ceny paliw zmieniały się średnio aż 18 razy dziennie. Kierowcy przestali mieć jakikolwiek punkt odniesienia, bo cena z aplikacji mobilnej często była już nieaktualna, zanim samochód zdążył wjechać na stację. Nic dziwnego, że frustracja rosła. I choć oberwało się głównie pracownikom stojącym za ladą, problem leżał wyżej: w polityce cenowej koncernów paliwowych.
Od 1 kwietnia Niemcy wprowadziły zasadę, zgodnie z którą podwyżka ceny paliwa może nastąpić tylko raz dziennie – dokładnie w południe. Potem stacje mogą już wyłącznie ceny obniżać.
Od północy do południa cena nie może wzrosnąć ani o centa. Kierowca ma więc przynajmniej kilka godzin przewidywalności. Tylko że tkwi w tym haczyk. Skoro stacja nie może później ponownie podnieść ceny, wielu operatorów profilaktycznie ustawia ją wyżej już w południe.
Kary do 100 tys. euro. Berlin mówi: koniec samowolki
Oprócz ograniczenia liczby podwyżek Niemcy zaostrzyły prawo antymonopolowe. Operatorzy stacji muszą udowodnić, że podwyżki są uzasadnione kosztami. Za łamanie zasad grożą kary sięgające 100 tys. euro.
To spora zmiana filozofii działania rynku. Dotychczas koncerny mogły praktycznie dowolnie reagować na sytuację. Teraz państwo chce większej przejrzystości i przewidywalności dla klientów. Szczególnie że rosnące ceny paliw błyskawicznie przekładają się na ceny w sklepach, usługach i transporcie.
Federalne Stowarzyszenie Transportu Drogowego alarmuje, że sam olej napędowy zdrożał w marcu o ponad jedną czwartą. Firmy transportowe nie zamierzają jednak dokładać do interesu, podwyżki przerzucają na klientów. Stąd bierze się turystyka paliwowa. Niemcy przyjeżdżają do Polski w celu zatankowania baku do pełna.
Prawie co piąta stacja łamie przepisy
Kraj słynący z porządku odkrył, że część stacji… zwyczajnie ignoruje nowe przepisy. Analiza serwisu Mehr-Tanken wykazała, że do 11 maja aż 2995 z 15 240 stacji paliw naruszyło zasadę jednej podwyżki dziennie. Innymi słowy, niemal co piąta stacja kombinowała przy cenach poza dozwolonymi godzinami. Łącznie odnotowano około 17 tys. przypadków niedozwolonych podwyżek.
Nie wszystkie niemieckie landy podeszły do nowych przepisów równie „kreatywnie”. Paliwowa dyscyplina kończy się tam, gdzie zaczyna się lokalna rzeczywistość.
Najwięcej naruszeń odnotowano w:
- Bawarii — 25,6 proc. stacji łamało przepisy,
- Hamburgu,
- Szlezwiku-Holsztynie,
- Meklemburgii-Pomorzu Przednim.
Najuczciwiej wypadł Berlin. Tam odsetek czarnych owiec wyniósł 8,2 proc.
Operatorzy się bronią. „To nie oszustwo, tylko internet”
Branża paliwowa odpiera zarzuty. Daniel Kaddik z Federalnego Związku Niezależnych Stacji Paliw przekonuje, że zmiana ceny to skomplikowany proces obejmujący system kasowy, tablice świetlne, dystrybutory i raportowanie do urzędu antymonopolowego. Według operatorów winne mają być: opóźnienia internetowe, wolne systemy kasowe, trwające tankowania oraz przeciążone systemy przesyłu danych.

Branża przekonuje, że szczególnie mniejsze i rodzinne stacje mają problem z dostosowaniem infrastruktury do wymogów. Tyle że konsumenci patrzą na to znacznie mniej wyrozumiale. Dla nich cena albo się zgadza, albo nie.
ADAC żąda twardych sankcji
Automobilklub ADAC domaga się zdecydowanego egzekwowania prawa, bo inaczej pozostanie ono tylko medialnym eksperymentem. Federalny Urząd Kartelowy monitoruje dane, ale za nakładanie kar odpowiadają poszczególne landy. A te wciąż ustalają procedury.
Mimo ogromnej liczby naruszeń urząd antymonopolowy uważa, że zmiany przyniosły częściowy efekt. Przed ich wprowadzeniem średnia liczba zmian cen wynosiła około 20 dziennie. Spadła do około pięciu. To nadal sporo, ale dla kierowców oznacza większą przewidywalność.
