Patrząc na to, jak w bardzo szybkim tempie gospodarka każdego kraju dotkniętego pandemią koronawirusa pikuje w dół – wiemy, że za tymi liczbami stoją ludzie z krwi i kości. Codziennie słyszymy o ludzkich dramatach rodzin, o miliardach straconych funtów, złotówek, czy euro. Poznajemy historie depresji, lęku o każdy dzień, a nawet coraz liczniejszych samobójstw z powodu biedy, niezapłaconych rachunków, niespłaconych kredytów, widma utraty dorobku życia. Tytuł więc niniejszego artykułu nie jest wcale zabawny, jest raczej próbą zmierzenia się z nową sytuacją i zastanowienia się nadal, czy "białe to białe", a "czarne to czarne". Tak łatwo przychodzi nam przecież ocenianie innych. Czy łatwo nam będzie stwierdzić, że ten, kto próbuje ratować dorobek swojego życia, byt swojej rodziny, narażając przy tym siebie i ewentualnych klientów – na przykład restauracji – na zakażenie koronawirusem jest kamikadze i bohaterem czy samolubnym idiotą?
Czy my z kolei – stając po jednej lub drugiej stronie walczącego z systemem właściciela otwartego biznesu (usług kosmetycznych, restauracji, klubów, pensjonatów) mimo zakazu rządowego, mamy prawo go oceniać? Wszystko ma dwie strony i po roku panowania pandemii wielu z nas zauważyło, że granice między "białym" a "czarnym" już nie są tak ostre, a każda historia człowieka podczas pandemii ma co najmniej kilka wymiarów…
Lepsze bezrobocie czy utrata biznesu?
Po raz pierwszy od 2016 r. stopa bezrobocia w Wielkiej Brytanii wzrosła do poziomu 5 proc., natomiast liczba osób zatrudnionych na etatach jest o 828 tys. niższa niż była przed początkiem epidemii Covid-19 – poinformował brytyjski urząd statystyczny ONS. Puby, restauracje, zakłady fryzjerskie, sklepy non-essential nie pracują już kolejny miesiąc.
Większość firm tego typu tuż po pierwszym lockdownie (podczas którego nie mogły generować żadnych przychodów) musiała zainwestować w środki ochrony dla klientów, a nie były to jedynie środki dezynfekujące, ale również specjalistyczne przepierzenia, należało dokupić lub pozbyć się sprzętów, które nie pozwalały na zachowanie szczególnej ostrożności i dystansu w danym miejscu, zatrudnić dodatkowe osoby zbierające i donoszące zamówienia (w restauracjach).
Na nic zdały się kolejne inwestycje, ponieważ krótko potem wprowadzono kolejny lockdown, a następnie system tier i… kolejny lockdown. Patrząc nawet na takiego giganta jak Primark czy TK Maxx można pomyśleć: sprzedają dużo, tanio, ludzie zawsze chętnie pójdą tam robić zakupy i w końcu się odrobią, odbiją od dna. Przyglądając się z kolei ulubionym miejscom spotkań Brytyczyków – pubom – trudno już o jakikolwiek optymizm.
Tutaj też jest gigant – sieciówka J D Wetherspoon, który od marca już trzykrotnie musiał zmierzyć się z nagłym zamykaniem, a pomiędzy lockdownami zainwestował między innymi w aplikację do zamawiania tak, by kontakt z barmanem i pomiędzy gośćmi był zminimalizowany. – No dobrze – ktoś powie, ale to są giganty, które umieją o siebie zadbać, wiedzą, jak otrzymać dofinansowanie na swoją działalność i jak uniknąć bankructwa, ale co z małymi firmami, których jest znacznie więcej?
Małe firmy już zbankrutowały lub stoją na skraju bankructwa
To właśnie małe firmy jedno-, kilkuosobowe są w tej chwili w najgorszej sytuacji. O ile małe sklepiki z ubraniami czy dekoracjami mogą przeczekać kolejne lockdowny, ponieważ ich towar się nie psuje (może co najwyżej wyjść z mody, chociaż i tak muszą płacić czynsz i media), to puby i restauracje stoją puste i codziennie ponoszą coraz większe straty.
Wszystkie poczynione nakłady, zatowarowanie środków nietrwałych, żywność, hektolitry piwa – wszystko to kolejny raz będzie musiało być zutylizowane. Podczas pierwszego lockdownu brytyjskie puby musiały zutylizować 70 mln pint piwa. Po kolejnym – trzecim już lockdownie – agencja piwowarska Campaign for Real Ale (CAMRA) szacuje, że ponad 30 milionów litrów piwa, które obecnie zalega w brytyjskich pubach i restauracjach, może zostać wylanych.
Właściciele lokali zdają sobie również sprawę, że będą musieli pozbyć się zalegającego w magazynach innego też typu alkoholu, nie tylko piwa. Powodem jest krótki termin ważności. Przed pandemią liczba pubów w Wielkiej Brytanii zaczęła znów rosnąć po wieloletnim zastoju branży, jednak kolejne lockdowny zarzynają tą branżę i wiele z 39 tys. lokali musiało się zamknąć lub walczy o przetrwanie. Oczywiście rząd wspiera upadające branże dotacjami, ale kwoty te są za małe, aby uratować przedsiębiorców.
Buntownicy nie z wyboru
W Polsce, w styczniu, powstała inicjatywa pod nazwą #OtwieraMY. Polscy przedsiębiorcy, zwłaszcza ci z branży gastronomicznej, hotelowej i narciarskiej z powodu braku pomocy rządu (tzw. tarcza nie pomogła) są na skraju bankructwa – podobnie jak firmy gastronomiczne w UK.
Po tym więc, kiedy polski rząd nie zdecydował się na poluzowanie restrykcji, a ogłosił ich przedłużenie do końca stycznia, akcja #OtwieraMY zdecydowanie się rozkręciła. Na facebookowym profilu powstała grupa Strajk Polskich Przedsiębiorców, a tam codziennie pojawiały się od stycznia informacje kto i kiedy otwiera swoją restaurację, knajpkę, kawiarnię czy klub.
Powstała również interaktywna mapa, na której można zobaczyć, które restauracje, miejsca rozrywki, obiekty hotelowe czy siłownie już się otworzyły, bądź zamierzają się otworzyć w najbliższych dniach. Co na to polski rząd? Zapowiada kontrole i kary, a także wyłączenie danej firmy z programu "tarczy". Przedsiębiorcy w Polsce nie boją się jednak ryzyka, a sposobów na obejście przepisów jest tyle, ilu właścicieli otwieranych wbrew prawu restauracji.
Jeden z bydgoskich barów podpisuje z klientami umowę o dzieło, na podstawie której stają się smakoszami potraw. Inny właściciel proponuje umowę dzierżawy stolika. Można wtedy sobie usiąść wewnątrz albo przy stole na zewnątrz, wyciągnąć laptopa i pracować. Potrawy są traktowane jako dowieziony właśnie catering. Czy Polacy posiadający swoje firmy w UK również będą walczyć z systemem zakazów i nakazów?

Polak walczy z brytyjskimi zakazami
38-letni Polak, właściciel lokalu Kate & Luc Cafe Restaurant w Manchesterze, prowadził swój biznes mimo obowiązującego zakazu, a jego lokal był bardzo chętnie odwiedzany przez klientów zarówno polskich jak i brytyjskich. Na początku lutego mężczyzna został za to ukarany przez miejskie władze mandatem w wysokości tysiąca funtów. Mimo mandatu 38-latek nie zamknął swojej restauracji i wciąż serwował swoje dania, mimo wciąż obowiązujących obostrzeń.
Na miejscu zjawiła się policja. Gdy pojawili się policjanci liczba klientów restauracji miała sięgnąć nawet 100 osób według "Daily Mail". Osoby, które znajdowały się w środku nie zachowywały żadnych zasad związanych z "social distancing" oraz nie miały założonych masek. W social mediach dostępny jest filmik, na którym widzimy, jak między policjantem a polskim właścicielem lokalu dochodzi do szarpaniny. Widzimy również wyraźnie, jak funkcjonariusz uderza w twarz naszego rodaka.
Wszystko wskazuje na to, że funkcjonariusz Greater Manchester Police nie potrafił utrzymać swoich nerwów na wodzy i wyprowadził cios, kiedy nasz rodak unikał walki. Polak z kolei miał go wcześniej zwyzywać. Wizyta funkcjonariuszy zakończyła się przepychanką przed lokalem i aresztowaniem Polaka. W odpowiedzi policja w Manchesterze wydała oświadczenie, w którym podkreślono, że 38-latek został zatrzymany pod zarzutem napaści na funkcjonariusza.
"Policja zareagowała na doniesienia o nieprzestrzeganiu obostrzeń COVID-19 przez kawiarnię na Burnage Lane w Manchesterze. Funkcjonariusze przybyli na miejsce i zgodnie z procedurą podjęli próbę nawiązania kontaktu z osobami i rozproszenia uczestników. W wyniku tego doszło do napaści na funkcjonariusza" – napisano w oświadczeniu.
Jak było dokładnie – tego nie wiemy, sprawa jest w toku. Jedno jest pewne: w Wielkiej Brytanii ruch #OtwieraMY ma raczej małe szanse na powodzenie… Według brytyjskich mediów już 8 marca można spodziewać się zniesienia niektórych ograniczeń. Zgodnie z oficjalnymi zapowiedziami plan powrotu do normalności ma zostać zaprezentowany 22 lutego.
Wszelkie szczegóły dotyczące ponownego otwarcia sklepów non-essential oraz daty prawdopodobnego otwarcia punktów gastronomicznych zostaną w nim zawarte. Kiedy będziemy mogli gromadzić się w pubach i zjeść lunch bez mandatu? Może dowiemy się już 22 lutego. Nam na razie pozostaje czekać: jedni z nas będą czekać na nową "wolność" biernie, inni będą o nią wszelkimi sposobami walczyć. Żadna metoda na przetrwanie nie jest zła pod warunkiem, że nie krzywdzimy siebie ani innych swoimi wyborami.
autorka: Ilona Korzeniowska
