Dla wielu Polaków w UK pierwsza wizyta w Bootsie to zderzenie z inną kulturą zakupową. Brak ulubionych marek, inne nazwy aptecznych klasyków i rozbicie zakupów na kilka różnych sklepów potrafią zmęczyć. Sprawdzamy, dlaczego polska kosmetyczka na Emigracji wygląda inaczej, co najczęściej przywozimy w walizkach i jak bezpiecznie zamawiać produkty z Polski po Brexicie.
Ziaja, Bielenda, Eveline: polskie marki są, tylko trzeba ich szukać inaczej
W Polsce część marek jest tak zwyczajna, że prawie się ich nie zauważa. Dopiero w UK wychodzi, jak bardzo były częścią codziennej rutyny.
Dobrym przykładem jest Ziaja. Gdańska firma, założona w 1989 roku przez Aleksandrę i Zenona Ziaję, ma bardzo szeroką ofertę kosmetyków do twarzy, ciała, włosów i pielęgnacji dzieci. W Polsce jej kremy, żele pod prysznic czy serie Kozie Mleko, Liście Manuka i Med są w normalnym drogeryjnym obiegu. W Wielkiej Brytanii trzeba ich szukać u konkretnych sprzedawców, a nie w każdej dużej sieci.
Podobnie działa Bielenda. To marka od serum, toników, kwasów, niacynamidu i kosmetyków, które dają składniki aktywne w rozsądnej cenie. W UK bez problemu znajdziesz zachodnie marki z podobnymi hasłami na opakowaniu, ale polska relacja ceny do składu często wypada inaczej. Dlatego butelka ulubionego serum z Polski nadal ląduje w bagażu obok kabanosów i książek dla dzieci.
Do tego dochodzi Eveline Cosmetics: tusze, odżywki do paznokci, płyny micelarne, podkłady i kosmetyki, które w Polsce regularnie pojawiają się w czołówce drogeryjnego makijażu. W Wielkiej Brytanii też da się je upolować, ale zwykle wymaga to zamówienia online albo sprawdzenia polskich sklepów. Znika odruchowe „wpadnę po drodze”.
Największa luka? Polska apteczna półka
Brak Ziai czy Bielendy łatwo zauważyć, bo chodzi o rozpoznawalne logo. Bardziej dotkliwa bywa jednak inna rzecz: polski apteczny niezbędnik.
W kraju wiele osób bez zastanowienia kupuje Alantan, Linomag, maść nagietkową, kremy ochronne dla dzieci, emolienty, preparaty do skóry podrażnionej albo dermokosmetyki dla skóry wrażliwej. Nie są traktowane jak produkty specjalne. Po prostu są w aptece, drogerii, większym sklepie internetowym, często w kilku wariantach i w cenie, która nie wymaga większej decyzji.
Po przeprowadzce do UK ta półka się zmienia. Odpowiedniki oczywiście istnieją, a Boots i Superdrug mają szerokie działy zdrowia, pielęgnacji i produktów dla dzieci. Różnica polega na tym, że osoba przyzwyczajona do polskich marek nagle musi od nowa uczyć się nazw, składów i cen. Przy skórze atopowej, naczynkowej, przesuszonej twardą wodą albo reagującej na wiatr ma to znaczenie. Jeśli coś działało przez lata, mało kto chce testować pięć nowych kremów tylko dlatego, że starego nie ma na najbliższej półce.
Dlatego z Polski często przywozi się także rzeczy bardzo praktyczne. Emolient dla dziecka, krem barierowy, maść na otarcia, tonik, który nie szczypie, albo płyn micelarny, po którym skóra nie robi się czerwona.
Różni się też cały sposób robienia zakupów
Wielka Brytania ma duże sieci health & beauty. Boots robi to od lat i sam opisuje się jako największy brytyjski detalista zdrowia i urody. Rzecz w tym, że inaczej wygląda układ półki.
W Polsce wiele osób przyzwyczaiło się do miejsca, w którym przy jednej wizycie można odebrać receptę, kupić krem z filtrem, tańszy dermokosmetyk, szampon, tusz do rzęs i perfumy. Do tego dochodzą polskie marki: Ziaja, Bielenda, Eveline, Pharmaceris, Iwostin, Emolium, BasicLab czy Tołpa. Wszystko jest w jednym koszyku.
Ten polski sposób kupowania dobrze pokazuje model Super-Pharm, partnera materiału: sieci, w której apteka, drogeria i perfumeria działają pod jednym dachem. Dla klienta w Polsce to codzienność. Wielu Polaków w UK dopiero po przeprowadzce zauważa, że taki miks produktów, marek i cen nie jest wszędzie standardem.
Na Wyspach te potrzeby częściej rozchodzą się między kilka kanałów: Boots, Superdrug, aptekę, perfumerię, marketplace, Notino, polskie sklepy internetowe i paczkę z kraju. Da się z tym żyć, ale znika wygoda, którą w Polsce łatwo było brać za pewnik.

Dlaczego polskie kosmetyki nadal trafiają do walizek
Zakupy z Polski to coś więcej niż sentyment. Polska jest dziś jednym z ważniejszych producentów i eksporterów kosmetyków w Europie. Raport „Kosmetyczna Polska 2025”, przygotowany przez Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego i WiseEuropa, wskazuje, że eksport polskich kosmetyków w 2024 roku osiągnął 6 mld euro, a Polska należała do czołowych eksporterów w Unii Europejskiej.
Za tym stoją konkretne decyzje zakupowe. Polskie marki dobrze odpowiadają na potrzeby skóry, która zimą jest przesuszona, latem potrzebuje SPF, a przez cały rok reaguje na twardą wodę, wiatr, ogrzewanie i częste zmiany temperatury. Do tego w Polsce mocno rozwinęła się półka produktów „pomiędzy”: bardziej specjalistycznych niż zwykły krem z supermarketu, ale tańszych niż wiele zachodnich dermokosmetyków premium.
Więcej o rodzimych markach, które budują rozpoznawalność za granicą, można przeczytać w opracowaniu Super-Pharm „Kosmetyki made in Poland”.
Dla osoby mieszkającej w UK wybór polskiego kremu, serum czy płynu micelarnego nie musi więc oznaczać kompromisu. Często chodzi po prostu o produkt, który jest znany, dobrze tolerowany przez skórę i cenowo bardziej przewidywalny.
Co warto przywieźć z Polski albo zamówić do UK?
Lista zależy od potrzeb skóry i tego, co realnie zużywa się w domu. Zamiast jednak pakować do walizki rzeczy, które w brytyjskim Bootsie kosztują grosze, warto skupić się na produktach, których na Wyspach realnie brakuje lub są tam za drogie.
W polskiej kosmetyczce w UK najczęściej lądują:
-
Kremy i żele Ziaja: Zwłaszcza budżetowe serie do twarzy i ciała (np. Kozie Mleko, Liście Manuka), których brakuje na najniższej brytyjskiej półce cenowej.
-
Sera i toniki Bielenda: Produkty ze składnikami aktywnymi (jak kwasy czy niacynamid), które w Polsce oferują świetną relację ceny do jakości.
-
Płyny micelarne i odżywki do paznokci Eveline: Kultowe, sprawdzone produkty, po które w kraju sięga się odruchowo.
-
Polskie dermokosmetyki (Pharmaceris, Iwostin, Emolium, BasicLab, Tołpa): Czyli produkty celowane w konkretne problemy skóry. W UK ten segment jest zdominowany przez drogie marki premium, podczas gdy polskie odpowiedniki kosztują ułamek tej ceny.
-
Apteczne klasyki (Alantan, Linomag, maść nagietkowa): Tanie i uniwersalne maści na podrażnienia czy odparzenia, dla których w brytyjskiej aptece trudno znaleźć prosty, bezreceptowy zamiennik.
Nie ma sensu robić zapasów na pół roku. Do walizki lub internetowego koszyka warto wrzucić tylko to, czego szukanie w UK zajmuje najwięcej czasu lub po prostu mocno uderza w kieszeń.
Gdzie kupować polskie kosmetyki w UK?
Najprostsza odpowiedź brzmi: w kilku miejscach naraz. Nie ma jednego brytyjskiego odpowiednika polskiej drogerii z pełną półką rodzimych marek.
Polskie sklepy internetowe w UK są najwygodniejsze przy regularnych zakupach. Towar jest już na miejscu, więc odpada część formalności i czekania. Minusem bywa mniejszy wybór niż w Polsce.
Marketplace i zewnętrzni sprzedawcy pomagają, gdy szukasz jednej konkretnej rzeczy. Trzeba jednak patrzeć na cenę, koszt dostawy, termin i to, kto faktycznie sprzedaje produkt.
Zamówienie z Polski po Brexicie do UK trzeba liczyć nie tylko po cenie produktu. Przy paczkach powyżej £135 VAT może zostać pobrany przez kuriera przed dostawą lub przy odbiorze, a w części przypadków dochodzą też dodatkowe opłaty.
Walizka z Polski nadal wygrywa prostotą. Jeśli i tak lecisz do kraju, kilka kremów, serum czy maści zwykle łatwo zmieścić w bagażu. Trzeba tylko pamiętać o limitach płynów w bagażu podręcznym i nie pakować połowy drogerii na zapas.
Artykuł przygotowany dla partnera
