Londyn po raz kolejny przekona się, że kilkadziesiąt godzin bez metra potrafi wywrócić życie miasta do góry nogami szybciej niż deszcz sparaliżować Wimbledon. W obu przypadkach strajk ruszy o północy.
Związek zawodowy RMT zapowiedział dwa 24-godzinne protesty pracowników londyńskiego metra – 2 i 4 czerwca. Strajki obejmą pełne doby, od północy do 23.59 następnego dnia.
Linie znikną z mapy. Najmocniej oberwie Piccadilly
Transport for London ostrzega, że w środę i piątek przed 6.30 metro będzie kursowało w bardzo ograniczonym zakresie. Londyńczycy doskonale wiedzą, z czym to się wiąże. Zastaną przepełnione autobusy, gigantyczne korki i tłumy ludzi próbujących dostać się do pracy wszystkimi możliwymi sposobami.
Największy paraliż ma dotknąć linii Piccadilly, ponieważ tam najwięcej maszynistów należy do związku RMT. TfL przewiduje całkowite zawieszenie kursowania tej trasy, podobnie jak linii Circle. Poważne ograniczenia obejmą również Metropolitan line oraz Central line. Część połączeń będzie kończyć kursowanie znacznie wcześniej z powodu braków kadrowych.
Bez większych zakłóceń mają działać Elizabeth line, DLR, London Overground oraz National Rail, aczkolwiek pasażerowie raczej nie powinni liczyć na komfortową podróż. Jeśli metro staje, alternatywne środki transportu zamieniają się w mobilne puszki z sardynkami. TfL już teraz apeluje, aby podróżni kończyli przejazdy przed 21.00 w dniach protestu, bo późnym wieczorem liczba kursów dramatycznie spadnie.
O co właściwie trwa spór?
Konflikt rozbija się o nowy model pracy maszynistów londyńskiego metra. Transport for London chce wprowadzić dobrowolny czterodniowy tydzień pracy. Według propozycji kierowcy mieliby pracować 35 godzin tygodniowo zamiast obecnych 36 godzin rozłożonych na pięć dni.
Nie wszystkim to odpowiada. RMT uważa, że proponowane rozwiązanie to jedynie upiększona wersja dotychczasowego systemu. Związkowcy alarmują, że dłuższe zmiany bardziej zmęczą pracowników i odbiją się na bezpieczeństwie pasażerów. RMT proponowało wariant: 32 godziny pracy przez cztery dni. TfL uznało taki model za zbyt kosztowny.

Co ciekawe, jeszcze niedawno wydawało się, że do kolejnego protestu w ogóle nie dojdzie. Majowe strajki zostały odwołane dosłownie w ostatniej chwili po przełomie w negocjacjach. Związkowcy przekonywali wtedy, że TfL zmieniło stanowisko w sprawie czterodniowego tygodnia pracy. Sama spółka transportowa szybko ostudziła nastroje i stwierdziła, że jej stanowisko przez cały czas pozostawało identyczne.
Związkowy rozłam w metrze
Sytuację komplikuje fakt, że drugi duży związek zawodowy maszynistów – ASLEF – zaakceptował propozycję TfL. Jego przedstawiciele nazwali reformę największą poprawą warunków pracy od dekad. Członkowie ASLEF normalnie pojawią się więc w pracy, dzięki czemu część połączeń nadal będzie funkcjonować.
RMT pozostaje nieugięte. Co więcej, pozycja związku nie jest już tak mocna jak kilka miesięcy temu. Podczas wcześniejszych protestów część maszynistów mimo wszystko stawiła się do pracy, a ponad połowa składów wyjechała na tory.
Rozmowy między stronami nadal trwają. Ostatnie spotkanie odbyło się 26 maja, jednak RMT wciąż nie poinformował, czy istnieje szansa na odwołanie protestów. TfL nie ukrywa rozczarowania postawą związku i przekonuje, że proponowany system ma być całkowicie dobrowolny. Według władz transportowych wielu maszynistów już teraz chce przetestować nowe rozwiązanie pilotażowo na linii Bakerloo.

