W Wielkiej Brytanii prawa osoby wykonującej pracę zależą w dużej mierze od jej statusu. Obecny rząd zapowiada walkę z fikcyjnym samozatrudnieniem. Co to oznacza?
System wyróżnia trzy podstawowe kategorie:
- employee, czyli pracownika zatrudnionego na etacie,
- worker, który ma pośredni status,
- self-employed, czyli osobę rzeczywiście pracującą na własny rachunek.
Employee ma najszerszą ochronę, m.in. w zakresie zwolnienia, urlopów i świadczeń pracowniczych. Worker ma część praw, w tym prawo do płacy minimalnej, płatnego urlopu i ochrony przed dyskryminacją, ale nie korzysta z pełnego pakietu ochrony. Osoba rzeczywiście samozatrudniona ma natomiast znacznie mniej praw wynikających ze stosunku pracy.
Problem pojawia się wtedy, gdy formalny status nie odpowiada rzeczywistym warunkom pracy. Kierowca czy kurier może być na papierze samozatrudniony. Natomiast w praktyce pracuje według zasad narzuconych przez jedną firmę. To właśnie określa się jako fikcyjne samozatrudnienie.
Czy „self-employed” zawsze oznacza własny biznes?
Nie. Samozatrudnienie może być świadomym wyborem, zapewniającym niezależność i elastyczność. Problemem jest sytuacja, w której firma wykorzystuje taki status przede wszystkim po to, by ograniczyć swoje obowiązki wobec pracownika.
Dlatego rząd zapowiada walkę z „fikcyjnym samozatrudnieniem”. Według autorów najnowszego raportu problem może dotyczyć nawet 4 mln osób, m.in. kierowców, dostawców, fryzjerów i trenerów personalnych.
Rząd zapowiada walkę z fikcyjnym samozatrudnieniem. Z czym chce walczyć Burnham?
Chodzi przede wszystkim o firmy, które korzystają z samozatrudnienia, aby uniknąć kosztów i obowiązków związanych z zatrudnieniem.
Fabian Society i Joseph Rowntree Foundation chcą, aby Fair Work Agency aktywniej ścigała przedsiębiorstwa podejrzewane o takie praktyki. Organ ma również korzystać z uprawnień do prowadzenia postępowań cywilnych wobec firm stosujących na szeroką skalę fikcyjne samozatrudnienie.
To zmieniłoby obecny model, w którym pracownik często sam musi walczyć o uznanie swoich praw.
Dlaczego obecny system jest krytykowany?
Krytycy wskazują, że ciężar udowodnienia niewłaściwego statusu spoczywa dziś w dużej mierze na pracowniku. Jeżeli firma uzna go za samozatrudnionego, może być zmuszony do kosztownego sporu prawnego, aby wykazać, że w rzeczywistości powinien być traktowany jak pracownik lub worker.
Dla osoby zależnej od bieżących dochodów taka walka oznacza czas, koszty i ryzyko. Jak argumentuje Fabian Society, pracownik nie powinien stawać naprzeciw prawnikom dużej firmy tylko po to, by uzyskać podstawowe prawa.

fot. shutterstock.com
Dlatego rząd zapowiada walkę z fikcyjnym samozatrudnieniem także jako próbę przeniesienia odpowiedzialności z pracownika na pracodawcę.
Co ma się zmienić i kto będzie musiał udowodnić swój status?
Jedną z najważniejszych propozycji jest zmiana ciężaru dowodu. Zamiast wymagać od pracownika wykazania, że w rzeczywistości jest zatrudniony, firma miałaby w większym stopniu udowodnić, że dana osoba rzeczywiście jest samozatrudniona.
Znaczenie miałby więc nie tylko zapis umowy. Ważny będzie również sposób wykonywania pracy. Jeśli firma ustala grafik, kontroluje pracownika i decyduje o organizacji jego pracy, sama etykieta „self-employed” nie powinna automatycznie przesądzać o statusie.
Powrót do propozycji reformy sprzed lat
Partia zapowiadała wcześniej stworzenie jednego statusu „worker” dla wszystkich poza osobami rzeczywiście samozatrudnionymi. Przed wyborami w 2024 roku jedna wycofała się jednak z tej wersji reformy.
Po dojściu do władzy kwestia jednego statusu pozostała przedmiotem konsultacji. Tymczasem Employment Rights Act wprowadził szeroki pakiet zmian w prawie pracy, ale nie rozwiązał problemu klasyfikacji pracowników.
Krytycy wskazują więc, że samo rozszerzanie praw pracowniczych nie wystarczy, jeśli część osób nadal będzie formalnie pozostawać poza ich zakresem.
Czy nowe prawa dotrą do pracowników gig economy?
To jeden z najważniejszych znaków zapytania. Rząd rozszerza ochronę pracowników, m.in. poprzez zmiany dotyczące wynagrodzenia chorobowego i bezpieczeństwa zatrudnienia. Osoba sklasyfikowana jako samozatrudniona nie zawsze jednak korzysta z tych samych praw.
Dlatego rząd zapowiada walkę z „fikcyjnym samozatrudnieniem” jako uzupełnienie reformy prawa pracy. Bez rozwiązania kwestii statusu część pracowników może nadal pozostawać poza najważniejszymi zabezpieczeniami.
Co zmiany oznaczałyby dla firm?
Dla przedsiębiorstw oznaczałyby przede wszystkim większą odpowiedzialność i potencjalnie wyższe koszty. Firmy korzystające dziś z samozatrudnionych wykonawców musiałyby dokładniej sprawdzić, czy ich status odpowiada rzeczywistym warunkom pracy.
Jeżeli okazałoby się, że powinni być traktowani jako pracownicy lub workers, przedsiębiorstwo mogłoby zostać zobowiązane do zapewnienia im odpowiednich praw i świadczeń.
Rząd argumentuje, że to również kwestia uczciwej konkurencji. Firmy przestrzegające prawa nie powinny przegrywać z przedsiębiorstwami obniżającymi koszty poprzez obchodzenie praw pracowniczych.
Czy reforma może ograniczyć elastyczność rynku pracy?
To główny argument strony biznesowej. Przedsiębiorcy obawiają się wyższych kosztów i mniejszej swobody w korzystaniu z elastycznych form zatrudnienia.
Spór sprowadza się więc do pytania, gdzie kończy się uzasadniona elastyczność, a zaczyna obchodzenie prawa. Rząd przekonuje, że większe bezpieczeństwo pracowników może wspierać gospodarkę, podczas gdy biznes ostrzega przed dodatkowymi obciążeniami.
Czy dla pracowników będzie to oznaczało większe bezpieczeństwo?
Jeśli zmiany zostaną wprowadzone, osoba faktycznie pracująca jak pracownik etatowy może uzyskać lepszy dostęp do płacy minimalnej, płatnego urlopu, wynagrodzenia chorobowego i innych zabezpieczeń.
Najważniejsza może być jednak zmiana samej zasady. Pracownik nie musiałby sam prowadzić kosztownej walki o swój status. To pracodawca miałby większą odpowiedzialność za prawidłową kwalifikację wykonywanej pracy.
